W OBCYM JĘZYKU: MÓWIONY ANGIELSKI A TO, CZEGO SIĘ UCZYMY W SZKOLE

1545 Wyświetleń 10 komentarzy

Wiele razy znajomi lub nieznajomi, pytają o kwestie językowe przy wyjeździe za granicę. Te pytania są dla mnie często inspiracją do tworzenia kolejnych postów z tego cyklu, bo wiem, że właśnie język to najczęściej kwestia powstrzymująca nas od opuszczenia kraju, w którym każdy rozmawia po polsku. Niby prawie każdy urodzony w latach 80tych ten angielski w szkole miał, ale gdy przychodzi do podjęcia decyzji o wyjeździe okazuje się, że nasze językowe umiejętności są niewystarczające, by porozumieć się w najprostszych kwestiach. Czy to znaczy, że to 9 lat nauki języka poszło zupełnie na marne?

Problemem jest, moim zdaniem, nacisk na niewłaściwe kwestie podczas nauki języka obcego w polskiej szkole. Ja angielskiego uczyłam się bardzo długo, natrafiłam naprawdę na wielu nauczycieli tego przedmiotu i z ręką na sercu, uważam że tylko jeden z nich skupiał się na właściwych aspektach nauki, czyli realnej sztuce konwersacji w języku angielskim. Wielu nauczycieli, czego również doświadczyłam podczas lat nauki, koncentruje się nadmiernie na książce, zasadach gramatyki, zrealizowaniu materiału oraz odpytaniu słówek i na prawdziwą naukę komunikacji brakuje już czasu. I często taka osoba po skończeniu szkoły jest w stanie bezbłędnie powiedzieć, kiedy używa się czasu Present Perfect, zna znaczenie słowa sophisticated, ma wykutą tabelę czasowników nieregularnych na pamięć, ale ma problem z najprostszą rozmową, co przy planowaniu wyjazdu za granicę jest sporym problemem. Choć dyskusje nad kolejną reformą szkolnictwa właśnie trwają, to nie sądzę by w kwestii nauczania języków obcych zanosiło się na rewolucję. Pozostaje nauka na własną rękę, np. poprzez oglądanie anglojęzycznych seriali i słuchanie amerykańskiego radia (szerzej o moich podejściach do tej metody piszę tutaj) albo rzucenie się na głęboką wodę i wyjazd mimo braków językowych. Jeśli ktoś jest odważny i chce się nauczyć języka to z pewnością wykorzysta tę szansę i nauczy się w mig mówić po angielsku, może nie używając języka rodem z Szekspira i zapominając czasem o zastosowaniu właściwego czasu, ale to przecież nie jest najważniejsze w byciu komunikatywnym.

Samo zderzenie się z żywym językiem bywa zaskoczeniem, nawet dla osoby, która język znała już wcześniej i dysponowała niezłym słownictwem. Moje początki nie były trudne (można o nich poczytać tutaj), angielski znałam bardzo dobrze, jednak dawka zwrotów, wyrażeń i słówek, którą opanowałam w pierwszych miesiącach w USA z pewnością była porównywalna z kilkoma latami nauki języka w Polsce. Co najważniejsze, nie były to oderwane od rzeczywistości słówka z artykułu przerabianego na zajęciach, które mój mózg wprawdzie szybko przyswajał, ale jeszcze szybciej zapominał, tylko realne zwroty i powiedzenia, używane w codziennym życiu. Nauka żywego języka jest o tyle skuteczniejsza, że słowa nie wyfruwają z głowy przy pierwszej lepszej okazji, ale niepostrzeżenie zaczynamy ich używać i po chwili są nam niezbędne w rozmowie. Dam Wam dwa przykłady. Każdy kto zmagał się z nauką języka angielskiego pamięta zapewne phrasal verbs, czyli czasowniki frazowe. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie była to prawdziwa zmora! Długa lista czasowników w kolejności alfabetycznej, z tymi przeróżnymi końcówkami i przykładowymi zdaniami – dla mnie była bardzo ciężka do zapamiętania. Unikałam więc ich nauki jak ognia całymi latami, zastępowałam je „normalnymi” czasownikami w rozmowie i szczerze mówiąc, gdy wylądowałam w USA, znałam ich tylko kilka. I nagle ku mojemu zdziwieniu, w kilka chwil nauczyłam się całej masy „frejzali”- nie zapisując ich ani razu na kartce ani nie wkuwając na pamięć. Po prostu w języku mówionym są one tak wszechobecne, że nie sposób ich ignorować i nawet po krótkim przebywaniu w kraju anglojęzycznym ich używanie staje się dla nas całkowicie naturalne. Nie tylko czasowników frazowych nauczyłam się w tak błyskawiczny sposób. Cały szereg wyrazów i zwrotów niekoniecznie uznanych za parlamentarne przyswoiłam jeżdżąc z B. samochodem. Na co dzień spokojny facet, w samochodzie zamienia się w agresywnego władcę szos, który sam jeździ najlepiej i ma bardzo niskie mniemanie o mniej więcej 90% pozostałych kierowców. Zdanie swoje artykułuje głośno, lecz epitety najczęściej nie docierają do zainteresowanych, więc na klatę muszę przyjąć je ja, pogłębiając znacznie mój zasób nieformalnego słownictwa 😉

Jakie są Wasze spostrzeżenia odnośnie tego tematu? Czy w szkole lub na kursach nauczyliście się sztuki komunikacji w potocznym angielskim, czy może wyjazd pokazał, jak wiele brakowało Wam by dobrze czuć się przy swobodnej konwersacji? Czekam na Wasze komentarze.

10 Komentarzy
  • Miszela Blog 13 listopada 2015, 16:17 Odpowiedz

    Uważam, że nauka języka powinna opierać się na poprawnej angielszczyźnie. Tak jak uczymy się poprawnej polszczyny, a nie jezyka potocznego. Mowa potoczna polska przychodzi nam sama, bo żyjemy w Polsce. Istnieje wiele sposobów na naukę mowy potocznej angielskiej, czy amerykańskiej i o to szkoła nie zadba, o to musimy się postarać sami.
    Nie wiem jak jest teraz w szkołach, ale w tych, do których ja uczęszczałam były lekcje angielskiego, gdzie uczyliśmy się słówek i gramatyki oraz dla chętnych po godzinach były konwersacje z native speakerem. Na palcach obu rąk mogę policzyć osoby uczęszczające na te dodatkowe zajęcia. To było jakieś 15 lat temu i wiecej.
    Polska szkoła realizuje naukę języka angielskiego brytyjskiego, który różni się znacząco od np. potocznej mowy amerykańskiej, wymowa niektórych słów jest zupełnie inna np. garage.
    Wiem, że są szkoły, które realizują kursy z angielskiego amerykańskiego.
    Mój język angielski ukształtowała szkoła, filmy, seriale, piosenki angielskojęzyczne. Ale najwięcej przyniósł mi kontakt z drugim człowiekiem, czy to z native speakerem ze szkoły, czy to z moimi znajomymi z wielu krajów świata, czy z moim mężem.
    PS: Polecam oglądanie filmów, czy seriali bez napisów, słuchanie muzyki. To nie chodzi o to, żeby zrozumieć każde słowo, trzeba osłuchać się z językiem, zrozumienie przyjdzie z czasem. Świetne jest też czytanie książek, nie koniecznie tych ambitnych, prostych, lekkich i przyjemnych.
    Jeśli macie jakieś zainteresowania muzyczne, kochacie książki, kochacie biżuterę hand made, kosmetyki szukajcie kontaktów z ludźmi z krajów anglojęzycznych o podobnych zaintersowaniach. Fora internetowe, chaty, angielskojezyczny youtube. Ja tym sposobem poznałam mnóstwo ludzi, niektórzy są moimi przyjaciółmi do dziś.
    Dzięki wspólnym zainteresowaniom muzycznym poznałam moją drugą połowę. 🙂

    • kashienka 16 listopada 2015, 21:43

      Zgadzam się z opieraniem nauki na poprawnej angielszczyźnie, to podstawa. Jednak raz na jakiś czas kontakt na lekcjach z językiem mówionym by nie zaszkodził – przynajmniej nie byłoby szoku przy wyjeździe za granicę. Co do PS. to zgadzam się w 100% 🙂

  • Joanna Z. 15 listopada 2015, 19:51 Odpowiedz

    Mi angielski zawsze w szkole przychodził łatwo, choć nauczyciele których miałam niekoniecznie z sercem podchodzili do uczenia nas tego języka. W klasie maturalnej moja nauczycielka wolała porozmawiać (oczywiście po polsku) o kosmetykach i zabiegach dermatologicznych, które testowała, niż zaprzątać sobie głowę angielskimi słówkami czy gramatyką 😉
    Dużo dał mi internet – bo gdy w Polsce zaczął być wszechobecny, przeglądałam tysiące anglojęzycznych stron i for – bo były o wiele ciekawsze niż te polskie. Bardzo dużo słówek poznałam dzięki… Simsom 😛 Grając w tę grę, szukałam na zagranicznych stronach dodatków do ściągnięcia, przez co poznałam części garderoby (zupełnie inne niż te podstawowe, których uczyłam się w szkole), nazwy wyposażenia domów itp. 😉
    Kiedy pojechałam do Stanów na wakacje i byłam zmuszona użyć języka, okazało się, że znam go lepiej niż myślałam, a przy okazji poznałam wiele nowych zwrotów, które bardzo szybko stały się – właśnie tak jak napisałaś – niezbędne w rozmowie. 🙂 Dziś niestety rzadko mam okazję używać angielskiego, jak jeszcze mieszkałam w Gdańsku to chociażby turysta pytający o drogę był jakąś formą ćwiczenia, a teraz już i to jest dla mnie niespotykane (mieszkam w niedużym mieście :)). Do tej pory jednak jak oglądam jakiś film, to wybieram wersję z napisami, a przy serialach rezygnuję z napisów w ogóle.

    • kashienka 16 listopada 2015, 21:46

      Mam podobne doświadczenia – facet od angielskiego w szkole głównie mówił o teoriach spiskowych, oczywiście po polsku 🙂
      Internet to kopalnia wiedzy – uczy rzeczy, których nie nauczą książki. Świetna sprawa z tymi Simsami i dobrze, że taka nauka zaprocentowała i nie masz bariery by mówić po angielsku, to bardzo ważne 🙂

  • jagodka 16 listopada 2015, 03:14 Odpowiedz

    Nie mam za bardzo wlasnych doswiadczen w tej dziedzinie, bo angielskiego wlasciwie tylko liznelam przed wyjazdem z Polski. Ale mam kolezanke, ktora angielskiego uczyla sie w Polsce od przedszkola. Teraz juz radzi sobie niezle, ale na poczatku jej pobytu w Stanach pomagalam jej zalatwiac mnostwo spraw, bo jej jezyk byl zdecydowanie za slaby. Okazalo sie, ze nie rozumie niemal nic, mimo obcykanej gramatyki i znajomosci slowek. Sama byla mocno zaskoczona i zawiedziona.

    • kashienka 18 listopada 2015, 21:49

      Dokładnie o tym mówię. Bezowocna nauka przez kilkanaście lat w szkole, a potem za granicą ogromny problem z komunikacją – to niestety jest typowe 🙁

  • Kasia w San Francisco 17 listopada 2015, 23:52 Odpowiedz

    Solidne zasady gramatyki oraz bogate slownictwo sa niezbedne w prawidlowej komunikacji. Mysle, ze nie chodzi tu o zly sposob nauczania, lecz o zbyt malo godzin zajec z tego jezyka. To w jaki sposob sie wypowiadamy, jakiego slownictwa uzywamy swiadczy o naszym poziomie intelektualnym- zupelnie inaczej slocha sie obcokrajowca poslugujacego sie angielskim idiomatycznym, z rozroznieniem i poprawnym uzyciem czasow i konstrukcji w zdaniu, niz takiego co sie oj tak komunikuje. Pracujac w USA w marketingu i PR, wiem jak wazny jest jezyk ten wlasnie gornolotny;) Usciski z Doliny Krzemowej i slonecznej Cali.

    • kashienka 18 listopada 2015, 21:53

      Oczywiście całkowicie zgadzam się z Tobą, że jest to ważne przy posługiwaniu się językiem np. w pracy na poważnym stanowisku za granicą, czy obracając się z gronie osób, które używają nienagannego języka. Jednak w notce miałam na myśli raczej sytuację osób, które wyjeżdżają za granicę w celach turystycznych i nagle okazuje się, że nie potrafią się porozumieć w podstawowych kwestiach..

  • blogmocnodygresyjny.pl 22 listopada 2015, 09:23 Odpowiedz

    Masz racje w tym co napisałaś.Ja zaczęłam swoją przygodę z j.angielskim w szkole podstawowej , wtedy był jeszcze rosyjski w szkole wiec na angielski chodziłąm prywatnie. Potem 4 lata w liceum i dwa na studiach w sumie 8 lat nauki. I co z tego miałam? Znajomosc czasów i odmainę czasowników. Sporo rozumiałam bo zawsze kwestie w filmach i serialch łątwo mi do głowy wpadała. W związku ztym ciesze sie ze u ans w Polsce jest wciąz lektor a nie dubbing bo wtedy nie byłoby mozliwosic na taki kontakt z językiem. Ale tego czego zawsze najbardziej się obawiałam, to to że nie potrafię w tym języku mówic. 3 lata temu postanoiwłąm to zmienic i poszłam znowu do szkoły językowej gdzie uczy sie metodą Direct English, która przede wszystkim polega na mówieniu i to był strzał w dzisiatkę.Przełamałam swoje bariery i teraz mówię juz bez problemów. W tym orku sma siebbie zachwyciłam bo zoabczyłęm efekty tej nauki. Byłam z córka w Warszawie na kilak dni i tam dwukrotnie jakais obcokrajowiec zapytał nas o drogę po angielsku. Byłam zszokowana że tak atomatycznie przeszłam z jezyka polskiego na angielski 🙂 I bez problemu udziliłam informacji 🙂 Cieszyłam się z tego jak dziecko. Wiem teraz ze ta moja nauka nie poszła na marne a ta metoda jest dużo lepsza niż to na co sie zwyczajowo kładzie nacisk w szkole, czyli tak jak wspomniałaś czasy i słówka. Przydąłby sie teraz jeszcze wyjazd za granice bo tego nic nie zastąpi bo kontakt z żywym jezykiem to zupełnie inna bajka 🙂

    • kashienka 24 listopada 2015, 21:54

      Podziwiam na zdecydowanie się na kontynuację nauki w dorosłym wieku. Mało ludzi się na to decyduje, wykręcają się brakiem czasu i nadmiarem obowiązków – a tutaj widać jak taka „świadoma” nauka procentuje. Świetna szkoła językowa, brawo za metody nauki 🙂

Skomentuj

Przepis wynik *