NA KAŻDY TEMAT

MÓJ PIERWSZY BIEG!

W dzisiejszym poście nieco odbiegnę od tematu Odkrywania Ameryki i będzie trochę prywaty! Ale to co dzisiaj się wydarzyło jest dla mnie takie ważne, że po prostu MUSZĘ Wam o tym opowiedzieć :)))

SPORTOWE BEZTALENCIE OD… ZAWSZE 😉

Zawsze, gdy padało w moim kierunku pytanie o sport, odpowiadałam, że nie jestem typem sportowca. Dziś myślę, że i tak był to eufemizm! Dodajcie do siebie całkowite sportowe beztalencie i totalne niechciejstwo oraz absolutny brak ducha rywalizacji. Teraz pomnóżcie razy trzy. Oto ja 😉 Znajomi bliżsi i dalsi oraz rodzina to potwierdzą. Całkowite zwolnienie z WFu miałam od kiedy tylko wpadłam na to, że lekarz rodzinny może je wypisać jak się ładnie uśmiechnie. Nauczycielki WF zwykle przyjmowały je  z ulgą, no bo co tu robić z taką, która jest w stanie skręcić sobie rękę przy skoku przez kozła (mój brat, nota-bene sportowiec, do tej pory ma ze mnie ubaw), przy biegach na długi dystans po kryjomu chowa się za drzewami by przeczekać okrążenie, a do sportów zespołowych ma taką awersję, jak przeciętny przedszkolak do szpinaku.

W czasie gdy moi koleżanki i koledzy mieli swoje ulubione dyscypliny, które trenowali z zapałem, to jedyne co uprawiałam ja, to wyczynowe siedzenie na tyłku. Oczywiście były jakieś tam krótkie epizody sportowe z w pływaniem, jogą czy jazdą na rowerze, ale zwykle kończyło się szybciej, niż zdążyło dobrze rozkręcić. Po prostu jeśli chodzi o sport byłam zawsze na nie, a wszystkie możliwe geny “sportowe” przypadły w rodzinie na mojego brata 😉

JAK ZACZĘŁA SIĘ MOJA ZNAJOMOŚĆ ZE SPORTEM?

Potem pojechałam do Stanów. Pamiętam dokładnie, w marcu na Kostaryce, siedzieliśmy przy kolacji w osiem osób, rozmawiając o sporcie. Ja przyznałam, że sportowiec to ze mnie żaden, ale chciałabym wziąć kiedyś udział w sportowym przedsięwzięciu. Do dziś nie wiem dlaczego tak powiedziałam, bo nigdy o tym tak naprawdę o tym nie marzyłam, ale może kilka kieliszków wina przy kolacji zrobiło swoje. “No to koniecznie powinnaś wziąć udział w biegu Peachtree” (bieg na 10km). “Właściwie, dlaczego nie?”. Zanim jeszcze winko zdążyło dobrze wyparować, zajrzałam na stronę i zobaczyłam, że na owy bieg trzeba się zapisać i.. wziąć udział w loterii. I, że zapisy startują.. następnego dnia.

Założyłam, że i tak się nie uda dostać na bieg (zwłaszcza gdy przyznało się w ankiecie, że będzie to pierwszy bieg w życiu) ale wysłałam swoje dane (ominęłam tylko pytanie: Ile razy w tygodniu biegasz? Po prostu nie było odpowiedzi “zamierzam raz w tygodniu”). Dopiero po dwóch tygodniach, gdy dostałam maila, że udało się, dotarło do mnie co ja najlepszego zrobiłam 😉 I obleciał mnie blady strach, że jak to, ja i 10km?! Przecież to niemożliwe!

KREW, POT I ŁZY…

Jak powiedziało się A, trzeba być gotowym na B. Zaczęłam od kupna butów do biegania i przyszedł czas na pierwszy trening. Pamiętam, miało być to być ćwierć dystansu czyli 1,5 mili (cały bieg w milach to 6.2). Od domu do Dunkin’ Donuts (o ironio!) i z powrotem. W połowie dystansu myślałam, że wypluję płuca i jedyne, na co miałam ochotę to rzucić to wszystko w diabły i iść na donuta i karmelową frappe. Potem wcale nie było łatwiej. Zaczęłam szukać motywacji na blogach, szukając takich, gdzie ludzie zaczynają dopiero przygodę z bieganiem. Ale tam zawsze schemat był podobny 1. Pierwsze bieganie za mną, nie jest lekko. 2. Coraz lepiej, czuję endorfinki. 3. Szykuję się do maratonu. U mnie zaś endorfinek wcale, za to był pot i łzy. Było naprawdę ciężko. Od lat nieruszane mięśnie buntowały się, ciało odmawiało posłuszeństwa i założony cel wydawał się być górą nie do przeskoczenia.

Dotychczas w życiu nigdy nie musiałam się specjalnie wysilać, by osiągnąć to, co chciałam a tu nagle okazuje się, że mimo, że mi zależało, to nie mogłam mieć tego natychmiast. Ale zaparłam się i biegałam niemalże co drugi dzień, przez trzy miesiące. Powolny postęp dołował, a pagórkowata okolica i coraz gorętsza, parna pogoda nie pomagały 😉 Mimo to, wstyd mi było się poddać, zwłaszcza, że sporo ludzi tutaj wierzyło, że się uda i motywowało na każdym kroku (bo w Polsce NIKOMU nie powiedziałam:-D). W końcu w połowie czerwca (13stego!) udało mi się przebiec pierwszy raz, bez zatrzymywania się to piekielne 10 kilometrów. Założyłam sobie bowiem, że przed biegiem muszę ten dystans pokonać 3 razy bez “przystanków”.

… AŻ W KOŃCU NADSZEDŁ TEN DZIEŃ!

Dziś, z okazji święta niepodległości w USA, wzięłam udział w Peachtree Road Race. To największy bieg uliczny w USA, ma 10km i odbywa się co roku w Atlancie. Przypięłam numer startowy, wypiłam energy drinka i pobiegłam. I choć nie znoszę tłumów ludzi i imprez masowych, to dzisiaj przeżyłam coś niezwykłego. Głośna muzyka, poprzebierani dopingujący na każdym kroku ludzie, mega pozytywna energia i radość płynąca od każdego. Nadal olbrzymi wysiłek ale także radość i satysfakcja, że się udało i zrobiłam to! Po raz pierwszy w życiu wzięłam udział w sportowym wydarzeniu. Ja, która jeszcze 4 miesiące temu mogła być przewodniczącą grupy “Jeśli widzisz, że biegnę to zacznij uciekać, bo na pewno ktoś mnie goni”. Pokonałam własne słabości i udowodniłam sama sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych! Dziś jestem z siebie dumna 🙂

You Might Also Like

16 komentarzy

  • Reply
    Anonimowy
    4 lipca 2014 at 21:11

    Nie wierzę!!!!!!!

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:21

      Niech zgadnę, znasz mnie osobiście, że nie wierzysz… ? 😉

  • Reply
    Karolina
    4 lipca 2014 at 22:31

    hej, super, gratulację! 🙂 Ja na razie jestem tą dzwiczyna z kanapy, tak samo zwolnienie z wf i wymigiwanie się z każdej aktywności haha ale zobaczymy co bedzie w przyszzłości 🙂

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:23

      Dzięki!
      Ja jestem żywym dowowem na to, że można;-) większego "couch potato" nie znam!

  • Reply
    english-at-tea
    5 lipca 2014 at 10:44

    Ja nie miałam nigdy aż takiej awersji do sportu, bardziej do WF (z tym, że było to tylko wychodzenie do wc przy wybieraniu składu, a potem siedzenie na ławce niby, że siedzę z moją drużyną ;D). Potem były treningi, a po treningach nie było nic, czyli tak jak teraz. Biegam od jakiegoś czasu średnio raz na miesiąc i ta moja regularność mnie dobija.. ale kupiłam 2 dni temu buty do biegania, może to mnie trochę kopnie, chociaż zastanawiam się czy przypadkiem wpis np na półmaraton by się nie przydał..
    fajnie, że się zmobilizowałaś i dałaś radę! 🙂 (sobie życzyłabym podobnie;) gratuluje! 🙂

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:26

      WF to była katorga! Zwłaszcza na pierwszej lekcji i bez możliwości prysznica, brr.
      Buty doskonale mobilizują, to na pewno, ale zapisanie na jakiś bieg jeszcze bardziej. Ja bym zaczęła od krótszego dystansu niż półmaraton, chyba że taki dobry z Ciebie zawodnik 😉
      Dziękuję

  • Reply
    Anonimowy
    5 lipca 2014 at 13:49

    Kasiu jesteśmy z Ciebie dumni – jesteś wielka! szczególnie dumny z Ciebie jest brat 😉 Twoja była wfistka jak to przeczytała dostała zawału!

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:28

      Dziękuję Rodzinko!
      No nie wątpię, że tak to się mogłoby skończyć 😉

  • Reply
    Anonimowy
    5 lipca 2014 at 16:36

    Gratulacje!!! Nie wszyscy potrafią tego dokonać!

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:29

      Dziękuję;-) Racja, dla niektórych ta dyszka to mały pikuś a dla niektórych wielkie wyzwanie 🙂 cieszę się, że mi się udało 🙂

  • Reply
    Anonimowy
    9 lipca 2014 at 11:49

    Gratulacje serdeczne! Kiedys chodzilysmy razem do klasy i pamietam ze nie lubilas wf 😉

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:30

      Dzięki 🙂 nie lubiłam to mało powiedziane ;-p

  • Reply
    Anonimowy
    9 lipca 2014 at 22:12

    Ale zmeczona na zdjeciu:-D
    Kama

    • Reply
      kashienka
      10 lipca 2014 at 02:31

      No 10 kilosów w nogach w końcu 😀 to miałam prawo się trochę "zasapać" 😉

  • Reply
    Anonimowy
    15 lipca 2014 at 19:16

    zdjęcie z cyklu "szybko róbcie to zdjęcie póki mam siłę się uśmiechać bo zaraz padnę" 😛 Gdyby nie to ze masz numer startowy, którego raczej byś nie podrobiła, to bym nie uwierzyła 😛 hehe….Ania

    • Reply
      kashienka
      16 lipca 2014 at 13:19

      Żebyś wiedziała, że tak właśnie było ze zdjęciem 😛
      I wcale się Tobie nie dziwię, że trudno w to uwierzyć! Ja do tej pory nie wierzę 😛

    Leave a Reply