O WSZYSTKIM INNYM

10 RZECZY, KTÓRE ZASKOCZYŁY MNIE W USA, vol.3

Jak wiecie, lato spędzam w Polsce i w związku z tym na blogu przez jakiś czas będzie zdecydowanie bardziej europejsko. Jednak nie zapominam oczywiście o wpisach związanych z USA i dzisiaj właśnie zapraszam Was na jeden z nich. Opowiem Wam o kilku rzeczach, które zaskoczyły mnie w Stanach na samym początku pobytu 🙂 Na blogu pojawiły się już dwa wpisy tego typu (przeczytaj pierwszy i drugi z nich), a dziś przyszedł czas na część trzecią. Przeczytajcie, jakie było kolejne 10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA! 

21. Salony manicure, które przypominają małe fabryki 😉 

Krótko po moim przylocie do Stanów, moja hostka zaproponowała mi wspólny babski wypad na “mani&pedi” wraz z nią i jej córką. Zgodziłam się, spodziewając się małego kameralnego salonu kosmetycznego, a tymczasem… Salon, do którego pojechałyśmy miał jakieś 20 foteli do pedicure, jeszcze więcej stanowisk do manicure, a całą liczną załogę stanowili Azjaci. Ilość osób w środku i ruch, jaki tam panował sprawiły, że to miejsce przypominało mi bardziej małą fabrykę, niż salon kosmetyczny 😉  Nieco później przekonałam się, że tak właśnie wygląda większość tego typu miejsc w Stanach. Swoją drogą, muszę kiedyś rozwinąć ten temat i pokazać Wam na zdjęciach jak to wszystko wygląda 🙂 Salon manicure to dobry temat na kolejny odcinek “Inności”!

22. Prysznice z zasłonką i bez słuchawki

Sporym zaskoczeniem na “dzień dobry” był dla mnie także amerykański prysznic. A w zasadzie w większości miejsc – wanna przystosowana do brania w niej prysznica. Jeszcze w Polsce wydawało mi się, że zasłonki prysznicowe odeszły do lamusa wraz z końcem PRLu. Kto wolał branie prysznica od kąpieli w wannie, decydował się na brodzik z kabiną lub montował przy swojej wannie specjalną szybę. Krótko po przylocie do Stanów zrozumiałam, że tutaj opcją numer jeden są nadal zasłonki prysznicowe zawieszone na relingu nad wanną.

Mało tego – praktycznie nie spotkałam się za oceanem z prysznicem wyposażonym w zdejmowaną słuchawkę prysznicową! Słuchawka przymocowana jest na stałe do ściany nad wanną. I to nieraz tak wysoko, że osobom które podobnie jak ja mają metr pięć w kapeluszu, bardzo ciężko jest dosięgnąć i nakierować strumień wody w odrobinę innym kierunku. Wyobraźcie sobie więc akrobacje, jakie trzeba było robić by np. spłukać namydlone ciało, nie mocząc jednocześnie włosów. Że o dokładnym spłukaniu wanny po jej umyciu detergentem nawet nie wspomnę… :> W pierwszym mieszkaniu przemilczałam sprawę, ale po przeprowadzce na Florydę dokupiłam do mojego prysznica dodatkową, zdejmowaną słuchawkę. $19.99 w TJmaxxie i w końcu można wykąpać się jak człowiek 😉 (więcej ciekawostek na temat wyposażenia amerykańskiego mieszkania przeczytacie tutaj).

23. Formularze z pytaniem o rasę

Jeśli wydaje się Wam się, że Stany to kraj nowoczesny w którym wszystko wypełnia się online, a papierowe formularze są tylko mglistym wspomnieniem to muszę Was nieco rozczarować.. 😉 Papierowe formularze do wypełnienia dostaniecie wszędzie! Począwszy od urzędów, po ośrodki ruchu drogowego, banki, aż po lekarzy a nawet kosmetyczki. Nawet jak zaniesiecie CV do potencjalnego miejsca pracy to zostaniecie poproszeni o wypełnienie papierowego formularza. Nie lubię tych formularzy, bo czasem nie dość, że mają po kilka stron to jeszcze miejsca na uzupełnienie informacji jest naprawdę niewiele. A czytelne pisanie drobnym maczkiem zdecydowanie przekracza moje piśmiennicze umiejętności 😉

Mnie, jako Europejkę, najbardziej w tych formularzach zdziwiło pytanie o rasę, z czym nie spotkałam się nigdy na starym kontynencie. Zwykle jest kilka opcji wyboru, z czego wybiera się opcję rasy kaukaskiej lub po prostu – białej. Kilka razy w formularzach spotkałam się też z pytaniem: “Czy jesteś Latynosem” i opcją TAK lub NIE do wyboru.

24. Samoobsługowe stacje benzynowe

Jeśli zdarzy Wam się zatankować na stacji benzynowej w USA, to najprawdopodobniej nie zobaczycie nawet pracownika tego przybytku. Na stacji benzynowej w większości stanów panuje bowiem całkowita samoobsługa. Nie widziałam jeszcze by pracownik stacji pomagał klientowi przy tankowaniu (wyjątkiem są stany New Jersey i Oregon, gdzie nie można z kolei tankować samemu). Płaci się też kartą kredytową bezpośrednio przy dystrybutorze, zanim jeszcze rozpocznie się tankowanie. Teraz jestem do tego przyzwyczajona i uważam, że to wygodne rozwiązanie, jednak nigdy nie zapomnę mojego pierwszego tankowania. Na nieco kompromitującą historię blondynki na stacji benzynowej zapraszam tutaj 😉

25. Brak zdjęcia w CV

Pamiętam jak dość mocno zaskoczyło mnie to, że do amerykańskiego CV nie powinno dołączać się własnego zdjęcia. W Polsce legitymacyjne zdjęcie w CV było wręcz pożądane, a tutaj – zupełnie na odwrót. Na zdjęciu widać bowiem rasę człowieka, atrakcyjność można też określić wiek aplikującego, a pracodawcy chcą uniknąć oskarżeń o dyskryminację czy naruszanie zasad równości. Dlatego takie CV ze zdjęciem może od razu wylądować w koszu i nie brać udziału w procesie rekrutacji. Swoją drogą, w USA życiorys zawodowy, który wysyłamy do potencjalnych pracodawców nazywamy “resume”. Łacińska nazwa “curriculum vitae” używana jest znacznie rzadziej.

26. “Zmotoryzowane” wózki w marketach

Już podczas pierwszej wizyty w amerykańskim markecie zauważyłam, że kilku klientów jeździło po sklepie niecodziennymi dla mnie pojazdami. Było to połączenie sklepowego wózka z… no właśnie z czym? Moim pierwszym skojarzeniem był wózek widłowy 😉 Tu jednak funkcji przewożenia dużych ładunków nie było, tak więc po prostu był to marketowy elektryczny wózek z siedziskiem. Teoretycznie takie wózki są przeznaczone dla klientów niepełnosprawnych, by ułatwić im poruszanie się po sklepie. Jednak w praktyce najczęściej przemieszczają się nimi ludzie otyli. Powiem Wam, że to jest smutny widok, gdy osoba z naprawdę dużą otyłością jeździ sobie takim pojazdem po sklepie, a wózek przed nią wypełniony jest samymi niezdrowymi produktami. Gotowe dania z mikrofalówki, paczki białego tostowego chleba, gazowane słodkie napoje, przekąski typu chipsy czy lody – to wszystko plus brak ruchu (mogę wyobrazić sobie, że niektórym aż ciężko poruszać się z taką wagą!) raczej nieprędko uwolni ich od konieczności robienia zakupów na siedząco…

27. Cenzura piosenek w radio

“Wiesz Kasia, co on tam śpiewa w tej piosence?” zapytała moja podopieczna, gdy po raz pierwszy czy drugi zawoziłam dzieciaki do szkoły. “Nie mam pojęcia” odparłam zgodnie z prawdą, bo w tamtej chwili bardziej skupiałam się na tym, by nie zgubić się w labiryncie osiedlowych uliczek. “Słowo na F…!” szepnęła na ucho, by jej trzy lata młodszy brat nie usłyszał. “Hmm no cóż, każdemu się czasem wymsknie – to co, artysta ma być gorszy?” pomyślałam sobie, nastawiając ucho, gdy ponownie leciał refren. Słowa na F nie usłyszałam! W taki właśnie sposób dowiedziałam się, że w Stanach w piosenkach lecących w radio usuwa się wszelkie wulgaryzmy, nawet te całkiem niewinne. Mała znała nieocenzurowaną wersję piosenki z internetu 😉 Swoją drogą, piosenki w radio to oczywiście nie jedyny przykład cenzury w Stanach, ale to już temat na osobny wpis!

28. Zakaz kupienia alkoholu w niedzielę przed południem

Teoretycznie czasy prohibicji już dawno za nami, ale musicie wiedzieć, że nie zawsze możecie napić się napoju z procentami 😉 Przynajmniej zamawiając go w knajpie czy chcąc kupić go w sklepie. Całkiem niedawno sama zapomniałam o tej zasadzie, próbując zamówić ulubioną mimosę do niedzielnego śniadania w knajpce o 10:30. Zamówienia nie otrzymałam, bo okazało się, że w naszym hrabstwie alkohol w niedzielę można zamówić dopiero od 11. Nawet jeśli to niewinny miks soku pomarańczowego z szampanem. No tak, dżentelmen nie pije przed południem 😉

Zasady dotyczące kupowania i spożycia alkoholu podlegają głównie prawom stanowym a nie federalnym i jest ich naprawdę sporo. Cały wpis z wieloma ciekawostkami na ten temat opublikowałam dwa lata temu, więc jeśli go jeszcze nie czytaliście to zapraszam tutaj 🙂

29. Amerykańskie flagi na każdym kroku

Wiedziałam, że Amerykanie mają bzika na punkcie swojej narodowej flagi, ale przyznam, że rzeczywistość po przylocie zaskoczyła mnie po raz kolejny. Amerykańskie flagi można w Stanach spotkać naprawdę wszędzie.. 😉 Chociażby ze względu na to, że wiele osób ma wywieszoną flagę przed domem przez okrągły rok, a nie, jak na przykład, w Polsce – z okazji świąt państwowych. Amerykanie uwielbiają swoją Stars and Stripes bardzo chętnie zaopatrują się w gadżety z takim motywem. Można je kupić w wielu miejscach przez cały rok, ale prawdziwe flagowe szaleństwo zaczyna się 2-3 miesiące przed Świętem Niepodległości! Wtedy można kupić niemal wszystko z motywem amerykańskiej flagi, a “patriotyczne” stoiska z przeróżnymi gadżetami są niemal w każdym sklepie.

30. Wielki kraj = wielkie samochody

To w zasadzie powinien być punkt pierwszy a nie trzydziesty, bo to było jedno z moich pierwszych spostrzeżeń tuż po wylądowaniu na amerykańskiej ziemi. Pamiętam, że przechodząc przez parking na lotnisku JFK pomyślałam – “O matko, ale wielkie te auta!“. Tydzień później zaprezentowano mi mój samochód “służbowy”, czyli siedmioosobowego minivana, którym woziłam.. dwójkę dzieci. Amerykanie kochają wielkie samochody, dlatego duże SUVy czy jeszcze pick-upy cieszą się tu największym powodzeniem. Małe autka typu mini cooper spotyka się natomiast bardzo rzadko, szczególnie na Południu.

Choć ogół samochodów jest tu z pewnością większy niż w Europie, to niektórzy szaleją jeszcze bardziej montując w swoim aucie opony monster trucka. Pomysłowości nie można im z pewnością odmówić, ale powiem Wam, że kilka razy widząc takie właśnie gigantyczne auto stojące na światłach obok mnie i zauważając, że jego opony kończą się na wysokości mojego okna (całkiem sporego SUVa,), nachodziła mnie reflekcja, czy czasem właściciel tego pojazdu nie musi sobie w ten sposób czegoś rekompensować 😉

*

To miał być krótki wpis z 10 podpunktami, a rozpisałam się jak zwykle 😉 Mam nadzieję, że kolejne ciekawostki Wam się spodobały. Czy któryś z tych podpunktów Was zaskoczył albo szczególnie zaciekawił? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply
    Natalia B.
    29 czerwca 2019 at 09:16

    Te fabryki “mani-pedi” są trochę przerażające. 🙈 Zanim sama zaczęłam robić sobie hybrydy, zdecydowanie wolałam kameralną atmosferę u kosmetyczki. ☺️

    • Reply
      kashienka
      3 lipca 2019 at 16:25

      Ja też! Dlatego coraz częściej myślę, czy sama nie powinnam nauczyć się tej sztuki?… 😉

  • Reply
    Paulina G Lifestyle
    30 czerwca 2019 at 18:33

    Oh salony kosmetyczne, jeśli chodzi o paznokcie mnie również zaskoczyły w Hiszpanii! ;o Ogromna fabryka, mnóstwo Azjatów i jakoś tak bardzo ciężko się zrelaksować ;D

    • Reply
      kashienka
      3 lipca 2019 at 16:27

      Hahahaha, o relaks ciężko, zwłaszcza jak staram się zrozumieć co do mnie mówią 😀

    Leave a Reply