NA KAŻDY TEMAT

JAK DOBRZE BYĆ W DOMU <3 NAWET PO PODRÓŻY Z PRZYGODAMI

Jak dobrze być w domu! Po dwóch latach obchodzenia świat po amerykańsku (więcej tutaj), marzyłam już o przylocie do Polski w grudniu 🙂 W tym roku udało się to zrealizować to postanowienie i jakiś czas przed świętami zlądowałam na Starym Kontynencie. Długie międzykontynentalne z natury są nieco męczące, ale tegoroczny trip wyjątkowo mnie wyczerpał. Ale najważniejsze, że dotarliśmy cało i bezpiecznie – a drobne przygody towarzyszące podróży, po początkowej frustracji wzbudzają już tylko rozbawienie. Zresztą sami posłuchajcie.. 🙂

“…Znalazłam taki tani lot…”

Słyszałam, że największe podróżnicze przygody zaczynają się od słów „Znam taki dobry skrót”. Myślę, że czasem mogą zacząć się również „Znalazłam taki tani lot” 😉 Bo faktycznie lot, którym z Leo przylecieliśmy do Polski, udało mi się dostać w całkiem okazyjnej cenie. Jednak później, podczas zgłaszania Leo jako mojego towarzysza podróży, okazało się, że psiak może, owszem, być ze mną na podkładzie podczas długiego lotu z Orlando do Oslo, jednak już na trasie Oslo-Warszawa zaproponowano mu miejsce… w luku bagażowym :> Takie rozwiązanie nie wchodziło oczywiście w grę, więc byłam zmuszona kupić bilet kolejny, tym razem decydując się na lot z Oslo do Berlina. W sumie przy Bramie Brandenburskiej maltańczyk jeszcze nie był.. 

Bardzo brudny pies i silna “obstawa” w samolocie

Cały dzień przed wylotem chodziłam porządnie zestresowana, jakbym przewidywała już całą serię mniejszych i większych przygód, które miały wydarzyć się nazajutrz. Zaczęło się od tego, że postanowiliśmy zmęczyć Leo przed lotem międzykontynentalnym, zabierając go na długi spacer i „wybieg” w parku. Nie przewidzieliśmy jednak, że świeżo wykąpany maltańczyk w pięć minut ubrudzi się tak, że przypominać będzie bezdomnego kundla, od lat żyjącego na ulicy. Absolutnie nie nadawał by lecieć gdziekolwiek w takim stanie! Ponieważ byliśmy już w Orlando, musieliśmy zaliczyć szybką kąpiel psiaka w parkowej publicznej toalecie, wyczesywanie na ławce w parku, jak również awaryjne kupowanie nożyczek i wycinanie rzepów, które tego dnia wyjątkowo uparcie lgnęły do psiego futerka. 

Podróż do Oslo upłynęła nam dość bezawaryjnie, jeśli nie liczyć, że przypadło mi miejsce między dwoma naprawdę wielkimi pasażerami. Wyglądało to przekomicznie – każdy facet miał prawie dwa wzrostu i +150kg żywej wagi i ściśnięta w środku między nimi ja – niska i dość drobna blondynka z malutkim pieskiem^^ Prawie godzinne opóźnienie samolotu martwiło mnie w tej sytuacji znacznie mniej, niż kwestia ewentualnego przeciśnięcia się do toalety w czasie lotu 😉

“Ten pies nie może tu być..”

Prawdziwe kłopoty zaczęły się natomiast w Norwegii. I nie chodziło tu wcale o ponad cztery godziny oczekiwania na następny samolot oraz konieczność odbioru bagażu i ponownego przejścia całego procesu kontroli ze zniecierpliwionym maltańczykiem. Kłopoty dotyczyły maltańczyka bezpośrednio. Surowa pani weterynarz ze strefy celnej dopatrzyła się bowiem błędów w europejskim paszporcie Leo. I oznajmiła, że mój psiak NIE MA PRAWA przebywać na terenie Norwegii. A w zasadzie to nigdzie (!) na terenie UE. 

Zwykłe niedopatrzenie (wymagania oczywiście spełniliśmy, brakowało pieczątki w jednym miejscu), zaowocowało sporymi nerwami. Kilkanaście maili, rozmowy z amerykańską weterynarz, przesyłanie kolejnych potwierdzeń szczepień, badań i tak dalej. Babka łaskawie pozwoliła nam z Norwegii wylecieć, ale zapowiedziała problemy z wjazdem na teren Niemiec. “Zreszta wie Pani sama, jacy skrupulatni są Niemcy”. No właśnie wiedziałam, więc obawiałam się, że skończy się… na naszym powrocie do Stanów z Berlina. Zostawienie psiaka na ileś dni na kwarantannie nie wchodziło przecież w grę.

Na szczęście okazało się, że głupi ma jednak szczęście i w Berlinie… nikt nas o dokumenty nie zapytał. Po prostu, za miejscem odbioru bagażu było wyjście bez żadnego stanowiska celnego ani niczego w tym rodzaju. Ufff, nie wierzyłam własnemu szczęściu! Swoją drogą wózki na bagaż w Berlinie są płatne w euro, funtach bądź ćwierćdolarówkach. Oczywiście jak się jest nadzianym i posiada tylko papierową walutę (a konkretniej to trzy jednodolarówki) to można sobie te pieniądze wsadzić w wiadome miejsce, bo nie ma monety – nie ma wózka.. 😉

A to jeszcze nie koniec..

Gdy chyłkiem przemknęłam się z Leo i moim bagażem do holu głównego (unikając wzroku każdej umundurowanej osoby, żeby nikomu czasem nie przypomniało się o kontroli!) skontaktowałam się z rodzicami. W drogę na lotnisko wyruszyli jeszcze przed naszym wylotem z Oslo. Niestety ich samochód postanowił urozmaicić naszą podróż jeszcze bardziej i… zepsuł się tuż po przekroczeniu granicy polsko-niemieckiej. Mimo sporego niebezpieczeństwa, na szczęście nikomu nic się nie stało. Jednak rodzice zamiast zaczekać na mnie w Berlinie, jak planowali, czekać musieli na lawetę assistance i holowanie do domu.

Zaczekać musieliśmy więc my – tym razem na mojego brata, który wyruszył po nas z Poznania. I na szczęście dojechał bez problemu! Ale uwierzcie mi, że jak powiedział mi, że jego dziewczyna zapomniała zabrać ze sobą paszportu (bez którego nie może wyjeżdżać poza granice Polski), byłam niemal pewna, że w pewnym momencie usłyszy “Ausweiss, bitte” i zostanie poddana przypadkowej kontroli! 😀 Tylko kontroli niemieckiej straży granicznej brakowało nam jeszcze do kompletu przygód ;))) Do domu dotarliśmy po 3 w nocy, po prawie 30stu godzinach od momentu wyjazdu z mieszkania w Tampie.

*

Taaak, ta podróż była stresująca i wyjątkowo męcząca! Jednak cieszę się przeogromnie, że jestem już w Polsce i że święta spędzę z rodzinką w moim rodzinnym domu 🙂 Póki co, jedyne co mnie wkurza to pogoda – wszystko inne jest super! Zachwycam się polskimi piosenkami w radio, pysznym chlebem na śniadanie i spotkaniami z bliskimi. A już niebawem będzie Gwiazdka <3 A Wy gdzie spędzicie święta w tym roku?