O WSZYSTKIM INNYM

NIE ROZUMIEM EMIGRANTÓW, KTÓRZY…

Od przeszło czterech lat jestem emigrantką i na własnej skórze poznaję rzeczywistość życia w innym kraju, niż ten w którym się urodziłam i wychowałam. Ponieważ mieszkam w kraju emigrantów, to często mam okazję poznać ludzi z całego świata, którzy w pewnym momencie swojego życia podjęli decyzję o wyprowadzce do Stanów. Lubię czasem posłuchać ich historii i opinii. Gdy natknę się w internecie na jakiś artykuł na temat życia emigranta to również często czytam go z zaciekawieniem. Czasem, gdy poznaję punkt widzenia innych, kiwam ze zrozumieniem głową, bo sama doświadczyłam czegoś podobnego. Jednak czasem postawa innych budzi we mnie niezrozumienie. I o tym będzie właśnie dzisiejszy post. Jeśli chcesz dowiedzieć się, w jakich kwestiach nie rozumiem emigrantów – zapraszam do czytania!


Mówiąc o emigrantach w tym konkretnym wpisie, nie mam na myśli osób, które wyjeżdżają za granicę, na krótki, z góry określony czas, na przykład w celach zarobkowych. Nie uwzględniam też osób, które za granicą są z wyższej konieczności ani o różnych sytuacjach, gdzie los po prostu zadecydował za kogoś. Mówię raczej o ludziach, którzy świadomie podjęli decyzję o wyjeździe i prowadzą od dłuższego czasu normalne życie w innym kraju, niż swój własny.


… NIE UCZĄ SIĘ JĘZYKA

Bardzo ciężko mi zrozumieć ludzi, którzy decydując się na przeprowadzkę do jakiegoś kraju nie uczą się języka jego mieszkańców. Nie uważam, żeby każdy musiał znać język na tyle, by czytać sobie książki w oryginale, ale podstawowa komunikacja to już zupełnie co innego. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że muszę ciągle prosić kogoś o pomoc, gdy idę do urzędu, do lekarza, na pocztę – bo sama nie jestem w stanie poradzić sobie w codziennych sytuacjach.

Mieszkając zagranicą ta ekspozycja na obcy język jest nieunikniona – nie tylko w kontaktach międzyludzkich, ale także w prasie, TV czy na plakatach na ulicy. Wydaje mi się, że naprawdę trzeba mocno nie chcieć, by mimowolnie nie chwytać nowych zwrotów, wyrażeń ani słów. Możliwości “tradycyjnej” nauki jest także wiele – choćby darmowe kursy językowe organizowane w wielu miejscach.

Mimo to, nie wszyscy.. czują potrzebę, by poznać język kraju w którym żyją. Moja fryzjerska opowiedziała mi o historię swojej teściowej, Kolumbijki, z którą nie zamieniła w życiu więcej niż trzy pełne zdania, ze względu na brak wspólnego języka. Matka jej męża przeprowadziła się do Stanów 25 (!) lat temu, tu założyła rodzinę i od tamtego czasu nie wyjechała stąd ani na krok. Jednak stwierdziła, że nauka angielskiego… nie jest jej potrzebna do szczęścia. Owszem, hiszpański to tutaj “drugi język” i w wielu miejscach nawet napisy są podawane również po hiszpańsku. Ale mimo ciężko mi zrozumieć, by mieszkając tu tyle lat nie poznać chociaż podstaw angielskiego.

… OBRACAJĄ SIĘ TYLKO W SWOIM GRONIE

Punkt pierwszy niejako wiąże się z punktem drugim, bo te dwa zjawiska często występują razem. Emigranci nie uczą się języka, bo nawet mieszkając zagranicą obracają się wyłącznie w gronie swoich rodaków. Nie wszyscy z nich czują potrzebę asymilacji z Amerykanami, niektórzy wolą przebywać, kumplować się tylko i wyłącznie w gronie “swoich”. To nie jest wcale trudne, bo dzielnice, gdzie czasem ciężko usłyszeć język angielski można spotkać w wielu miastach w Stanach.

Dla mnie utrzymywanie kontaktu ze swoimi rodakami, gdy mieszka się zagranicą nie jest absolutnie niczym złym! Sama dzięki Instagramowi poznałam wiele super Polek, które mieszkają w różnych częściach USA <3 Uwielbiam czasem wypić sobie kawę i pogadać z kimś po polsku. Jednak rzecz w tym, by nie zamykać się zupełnie na inne znajomości. Przyjaźń z Amerykanami, czy przedstawicielami innych nacji może okazać się równie ciekawa, jak spotkania tylko w gronie osób ze swojego kraju.

Stany Zjednoczone to niesamowity tygiel kulturowy – można tu spotkać ludzi praktycznie z całego świata. Poznawanie innych kultur, odmiennych punktów widzenia czy różnych doświadczeń dobrze wpływa na naszą otwartość i tolerancję. Osoba, która “zamyka się” na inne znajomości, niż te ze swoimi rodakami w moim odczuciu traci bardzo wiele.

… CIĄGLE NARZEKAJĄ NA KRAJ, W KTÓRYM MIESZKAJĄ

To zjawisko niestety widzę bardzo często, ale wciąż niesamowicie trudno mi jest je zrozumieć. Przeprowadzka zagranicę jest sporą zmianą w życiu i wiele rzeczy może człowieka zadziwić, szczególnie na początku pobytu. Ja do teraz opisuję Wam różne inności dnia codziennego, na które natykam się mieszkając w USA. Jedne rzeczy mnie bawią, inne czasem trochę irytują, ale są elementem kraju, który jest w tej chwili moim domem. Nie ma miejsc idealnych, wszędzie można znaleźć zarówno plusy jak i minusy, a Ameryka wcale nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Tymczasem bardzo często obserwuję, że emigranci widzą wszystko tylko w negatywnym świetle. Jeden komentarz wywołuje litanię narzekań na wszystko wokół – od cen i pogody, po ludzi i ich nastawienie. Gdy czasem ktoś zapyta, czy naprawdę nie ma w  kraju nic pozytywnego, odpowiada cisza. Przekonuję się, jak wiele zależy od naszego nastawienia. To w końcu my sami kreujemy swoją rzeczywistość i skupiając się tylko na tym, co złe, sami wpędzamy się w kiepski nastrój. A ten przekłada się na jeszcze większą niechęć do wszystkiego.

Nie wiem, jakie względy byłyby w stanie utrzymać mnie w obcym kraju, które tak bardzo nie lubię i w którym widzę same wady. Pieniądze? Nie ma takiej kwoty, która warta jest spędzenia życia i bycia nieszczęśliwym w miejscu, którego się nie znosi. Ani wśród ludzi, których się nie lubi i nie szanuje. Rodzina też nie jest “przywiązana” do jednego miejsca, przeprowadzki nie są przyjemne, ale mogą zmienić życie na lepsze. A na początek może warto spróbować spojrzeć na obecne miejsce zamieszkania bardziej przychylnym okiem?

… BOJĄ SIĘ PODJĄĆ DECYZJĘ O POWROCIE DO OJCZYZNY

Są osoby, które nie czują się dobrze mieszkając poza swoim krajem. Długo nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości, proces asymilacji jest dla nich udręką, a życie za granicą, choć miało być zmianą na lepsze okazuje się przyczyną depresji. W nowym miejscu nic nie jest takie samo jak w ukochanym kraju, a tęsknota za bliskimi zżera na każdym kroku. Mimo to.. tkwią tu dalej, odliczając czas od jednych wakacji w kraju do drugich.

Niektórym żal jest wysiłku, czasu i pieniędzy, który zainwestowali w przeprowadzkę do innego państwa. Dlatego dalej są na emigracji, mimo, że ich życie na obczyźnie jest bardzo dalekie od wcześniejszych wyobrażeń. Niektórzy boją, że powrót z emigracji i zaczynanie wszystkiego, na nowo, w kraju jest swoistym powiedzeniem: “nie udało mi się, więc wróciłem”. Nie chcą pokazać przed rodziną i znajomymi, że rzeczywistość nie jest tak różowa, jak wydaje się tym, którzy smaku emigracji nigdy nie poznali.

Zdaję sobie sprawę, że powrót z emigracji, zwłaszcza po dłuższym czasie, nie łatwym procesem. Ponowna asymilacja na miejscu, rozpoczynanie wszystkiego od nowa po raz kolejny i porzucenie pewnych przyzwyczajeń może być ciężkie. Ale w momencie, gdybym zdała sobie sprawę, że jestem nieszczęśliwa w miejscu, w którym obecnie mieszkam, zaczęłabym pakować walizki. Wychodzę za założenia, że “zacząć na nowo” można w każdym wieku, ale lat, które straciło się będąc nieszczęśliwym żyjąc daleko od kraju, już się niestety nie odzyska.

*

To tyle z moich przemyśleń na dziś 😉 Mam nadzieję, że nikt, czytając ten post nie poczuł się skrytykowany – nie taki był cel mojego wpisu. Wyraziłam po prostu swoje niezrozumienie dla pewnych zachowań, które spotykam u całkiem sporej ludzi emigrantów. Żyjecie/żyliście kiedyś poza granicami Polski? Czy spotkaliście się również z zachowaniami innych emigrantów (niekoniecznie z Polski), które w Waszym przekonaniu wydają się mało zrozumiałe? Koniecznie się tym podzielcie! Ciekawa jestem Waszej opinii na ten temat 🙂

You Might Also Like

20 komentarzy

  • Reply
    Aina
    16 maja 2018 at 21:15

    Znam temat 😀 Mieszkam w UK i takie zachowania sa tez tu. Kiedy tu przyjechalam, moj angielski był slaby, jednak wszystkie formalnosci musialam załatwić sama – bo ludzie, ktorych wtedy znalam nie znali angielskiego! Podobnie jak moj maz, nic po angielsku wtedy nie umial powiedziec.
    Kiedys pytałam się jednego typka, który juz wtedy w Anglii mieszkal 7lat i nie umiał języka, co on robi, kiedy musi np.isc do banku i cos zalatwic. Jak sie dogaduje? Na co on do mnie, ze on ma ludzi od tego by za niego gadali :/ I na tym wlasnie zeruja tacy ludzie – na znajomych, którzy język znaja. A gdy ty im cos zalatwisz, nie powiedza nawet dziękuję.

    Obecnie wraz z mezem mieszkamy tu 7 lat. Maz, ktory wcześniej nie umial nic po angielsku, teraz swietnie sie dogaduje z Anglikami. Moj angielski takze jest o wiele lepszy- co chce, to zalatwie, nawet umiem juz pozartowac po angielsku, rozmawiac swobodnie. Nie umialabym tu zyc bez języka, czulabym się niema.

  • Reply
    Paula
    16 maja 2018 at 21:47

    Dwa punkty w sedno ! Ten o narzekaniu i czuciu się źle. Ja osobiście wyjechałam do USA do męża, bo łatwiej było mnie niż ju wrócić do polski.
    I noe czuje się tu dobrze… cały czas myśle o powrocie do ojczyzny. I myśle, żeby się stało to najszybciej jak się tylko da, ponieważ nie chce później żałować pięknych lat, które mogłam spędzić inaczej. Wyjazd do innego kraju, zwłaszcza na drugi koniec świata to trudna i ciężka sprawa. Także rozumiem każdego. Bo to nigdy nie jest i nie będzie proste. I czasami nie ważne jak bardzo się staramy to i tak ciągnie nas z powrotem 😊

  • Reply
    Agnieszka
    17 maja 2018 at 09:29

    Ja byłam najdłużej 4 miesiące poza krajem. Pierwszy miesiąc ciągnął się w nieskończonośc i był straszny. Potem było cudownie. Nawet z epidemii salmonelli, która i mnie wtedy nie ominęła śmialiśmy się jeszcze będąc za granicą. Potem chciałam wyjechać z Polski właśnie na Au Pair, ale pewne życiowe sytuacje spowodowały inaczej.
    Ale wujek mojego męża od prawie 5! lat mieszka z żoną i obecnie 12 letnim synem w Anglii. Z angielskiego potrafi powiedzieć: hi, thank you i policzyć do 10… Pracuje u Anglika, ale z Polakiem, który robi za jego prywatnego tłumacza. Żona jest w domu, nie pracuje, nie uczy się angielskiego, jest jej źle i chce wracać do Polski. Syn chodzi do angielskiej szkoły, zna biegle angielski i jest tłumaczem dla swoich rodziców. Wszędzie, w sklepie, u lekarza, w urzędach… To bardzo przykre. Nie wiem jak można skazać na coś takiego własne dziecko…
    A z kolei moja ciocia mieszkała w latach 80. 4 lata w Chicago, ale w Polonii, tam pracowała, poznała męża, urodziła dziecko. Wracać nie chciała, ale wujek tęsknił za Polską. Angielskiego ni w ząb. Bo nie musiała, skoro od rana do wieczora przebywała tylko z Polakami. Też tego nie rozumiem.

  • Reply
    Asia
    17 maja 2018 at 09:52

    Dla mnie szokiem było na Florydzie,że bardzo wiele osób mówiło tylko po hiszpańsku i nic nie potrafili powiedzieć po angielsku. Tak samo uważam,że powinno się uczyć języka w państwie w którym się zdecydowało mieszkać.

  • Reply
    Bea
    17 maja 2018 at 10:28

    Bardzo popularne problemy i zjawiska. A nie wydaje Ci się, że to jest po prostu kwestia ich charakteru? Nawet jakby nie byli emigrantami to narzekali by na wszystko, byli zamknięci na nowości, nie potrafili przyznać się do błędu i żerowali na pomocy innych? Bo mi się wydaje, że to są cechy pewnych ludzi i po prostu na emigracji one ujawniają się w taki sposób, a w ojczyznie miałyby inny poziom tylko.
    A jak ktoś taki nie jest, chce być samodzielny i otwarty to przekłada się to właśnie na naukę języka, poznanie kultury i praktyczne spojrzenie na miejsce, w którym żyje.

    • Reply
      Olgietta
      19 maja 2018 at 11:48

      Na pewno jest w tym duzo powiazania. A na emigracji sie pewne rzeczy wyostrzaja jeszcze bardziej

  • Reply
    IZa
    17 maja 2018 at 14:53

    Zgadzam się dokładnie z Twoimi czterema punktami 🙂 Dla mnie punkt 1 i 2 są absolutnie nie do pojęcia i nie do zaakceptowania, gdy ktoś świadomie podejmuje decyzję o wyprowadzę za granicę na dłużej niż kilka miesięcy. Gdyż jeśli ich dwóch się nie spełnia, nie ma mowy by punkt 3 udało się zaspokoić.

    Przy okazji zdałam sobie sprawę, że punkt 3 mnie dotyczy haha Mieszkam w UK już ponad 6 lat i w ostatnim czasie dużo narzekam na tej kraj. Ale gdy rozważam punkt 4, zdaję sobie sprawę, że wcale nie jest tak źle tutaj, i tak naprawdę jest mi to dobrze. Głównym powodem mojego narzekania jest właśnie jak sama mówisz, punkt widzenia, tudzież siedzenia 😉 Jako, że wiele osób, które mnie otacza narzeka ciągle i chyba podświadomie zaczęłam robić to samo. W efekcie mój nastrój się pogorszył i nawet zaczęłam rozważać wyprowadzkę do Polski. Ale później zdałam sobie sprawę, że to nie kraj czy ludzie tutaj mi przeszkadzają, a moje własne nastawienie. Tak naprawdę myślę, że szczęśliwym można być wszędzie, bo to nie zależy od miejsca a od właśnie własnego nastawienia 🙂

    Pozdrawiam!

  • Reply
    Lidia z amerykaija.pl
    17 maja 2018 at 16:02

    Ja spotkałam się z kolei również z tym, że część ludzi odbiera rozmowy na temat kraju, w którym żyje na poziomie osobistym. Wszystko odnosi bezpośrednio do siebie. To znaczy, napiszesz o czymś w internecie, na blogu, podajesz jakiś przykład i Twoim celem nie jest krytyka tego czegoś, tylko pokazanie różnicy, że tu jest tak a gdzieś inaczej, to niektórzy ludzie reagują nerwowo i osobiście. Są gotowi toczyć bitwy o jakieś – przepraszam – pierdy. A przecież wiadomo, że nigdzie nie jest idealnie. Tak więc z jednej strony są i ci, którzy jęczą, ale też tacy, dla których wszystko jest bez skazy, a przecież wiadomo, że tak nigdzie nie ma.

    • Reply
      Olgietta
      19 maja 2018 at 11:53

      Oj tak. Rzeczywiscie mozna zauwazyc pewna nadwrazliwosc u niektorych osob. Ostatnio tez za totalna pierdolke- pytanie na FB dostalam taki zjazd od jednej dziewczyny i sie dowiedziala, ze jestem totalnie anty Polska (gdzie ja zawsze powtarzam, ze w kazdy kraj ma wady i zalety i w Pl sa rzeczy ktore lubie i nie. Tak jak wszedzie)

  • Reply
    LIFESTYLERKA - Zdrowa i Aktywna Ty
    17 maja 2018 at 17:49

    Kasiu, również nie potrafię zrozumieć osób, które decydują się osiąść w jakimś kraju i nie podejmują nauki języka. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, ponieważ warto to zrobić chociażby po to żeby dostać dobrą pracę. Przecież praca za godziwą płacę, to w większości przypadków główny powód wyjazdu ludzi z kraju. Także dla mnie tez jest to wielka tajemnicą :).

  • Reply
    Martyna
    17 maja 2018 at 23:02

    Ja też nie rozumiem ludzi ,którzy sami z siebie jadą gdzieś gdzie chcą budować swoje nowe życie i nie uczą sie lokalnego języka …

  • Reply
    gosia
    18 maja 2018 at 00:43

    To ja przedstawie inna sytuacje. Wyobrazcie sobie ze macie 40-50 lat przyjezdzacie do obcego kraju, bez jezyka, musicie jak najszybciej znalezc prace aby egzystowac najlepiej z nadgodzinami bo pieniadze sa potrzebne, po pracy wracacie tak zmeczeni ze nie macie ochoty juz na nic a w domu czeka tyle pracy do zrobienia plus dzieci. I jak miec czas i checi na nauke jezyka, kiedy mysli sie jak przetrwac z dnia na dzien. To nie jest moja historia ale znam takich wiele, wiec nie powinno sie oceniac kogos jesli nie wiemy jak wyglada jego zycie. 4 czerwca minie dwanascie lat jak jestem w USA, zaczynalam w wieku trzydziesu lat nowe zycie tez bez znajomosci angielskiego, nie bylo latwo pomimo kursow jezykowych bariera byla duza. Ciagle nie jestem perfect ale potrafie zalatwic wszystko. Wiem jedno ze nie mozna kogos krytykowac ani oceniac jak sie nie jest w “jego butach”. A z narzekaniem to spotkalam sie tylko ze strony Polakow, ciagle sa nieszczesliwi inne nacje(obcuje z roznymi) jakos tak nie maja. Na koniec cos smieszngo, raz w tygodniu robie zakupy w amerykanskim sklepie i polskim. W amerykanskim milo z usmiechem a w polskim to jak by mogly panie sprzedajace do kazaly by sie wynosic jak za komuny, najsmieszniejsze jest to ze takie nastawienie jest ze strony starszej jak i nastoletniej generacji. Pozdrowienia z CT.

    • Reply
      Paulina Pisze - dentystka w USA
      21 maja 2018 at 20:31

      Zgadzam się, mnie teraz jest bardzo trudno połączyć naukę (co prawda nie języka, bo śmigam jak po polsku) z pracą/wolontariatem. Przychodzę wieczorem i nie mam już na nic siły, a jeszcze nie mamy dzieci! Jeśli chodzi o sklepy to mam podobne doświadczenie, Panie w polskim sklepie może nie są uciągnięte i nieprzyjazne, ale zdecydowanie bardziej “zachowawcze”

  • Reply
    Kasia Katarzyna
    18 maja 2018 at 10:57

    Bardzo ciekawy post. Ja chyba czułabym się nieswojo, gdybym słyszała jak ktoś mówi w innym języku a ja nie wiem o co chodzi. Dlatego warto uczyć się języków.

  • Reply
    AgulaW
    18 maja 2018 at 21:58

    Moi rodzice sa imigrantami. Przyjechali do Polski po slubie i zostali. Na zawsze. Dali mi dwujezycznosc i poczucie, ze naleze do dwoch narodow. Piekne. Ale tez nie mam silnego poczucia, ze naleze do jednego miejsca.
    Dwujezycznosc prawdopodobnie wplynela na to, ze blyskawicznie ucze sie jezykow obcych, a wielonarodowosc na to, ze szybko aklimatyzuje sie w innym kraju. Ja po prostu nie mam poczucia przynaleznosci do jednego kraju, jednej tradycji, jednego jezyka. A przeciez nie jestem w Polsce emigrantka. Tu sie urodzilam, ale juz polski nie jest moim pierwszym jezykiem. Dlatego fascynuje mnie pojecie odczuwania na emigracji, odczuwania emigracji.
    Temat wielojezycznosci to juz w ogole dla mnie fenomen: biegle posluguje sie dwoma jezykami. Obydowa w takim samym stopniu. Moje dzieci jezykiem mojej drugiej ojczyzny posluguja sie dobrze i coraz lepiej. Wielojezycznosc to skarb.
    Pewnie taka a nie inna przeszlosc warunkuje moje odczuwanie emigracji gdziekolwiek sie znajde, ale w sumie ……bardzo to sobie cenie. Wchodze miedzy wrony i ……
    Pzdr
    AgulaW

  • Reply
    AgulaW
    18 maja 2018 at 22:02

    I jeszcze dodam, ze rodzice na Polske narzekaja, na Polske pisu narzekaja mocno. Ale tez cenia sobie zycie tu, swietnie mowia po polsku i nie zamierzaja wracac. Narzekaja, bo boli ich jak jest. Przezyli tu i stan wojenny i ’89 rok. I lubia tu byc.
    Ponarzekac tez lubia. Jak to Polacy :):):)
    AgulaW

  • Reply
    Beata
    19 maja 2018 at 01:04

    Napisane po prostu w punkt ! Zgadzam się z większością tego,co napisałaś. Sama mieszkam poza Polską od kilku lat. Na początku również było mi ciężko, bo nie znałam tak języka jakbym chciała, siedziałami uczyłam się. Pomocne było to, że nie miałam Polaków wokół, więc byłam zmuszona mówić w języku obcym. Poza tym nie lubię być zależna od kogoś, dlatego próbowałam załatwiać swoje sprawy sama. Swoje, ale również innych młodych osób, którzy zamiast się uczyć języka woleli na przykład narzekać. Temat rzeka. Najbardziej jednak niezrozumiałe jest dla mnie, hak ktoś narzeka że musi tu być, to przecież nasz wybór i tak jak piszesz, jeśli byłabym nieszczęśliwa starałabym się wrócić do Polski.

  • Reply
    Ewelina
    19 maja 2018 at 05:14

    Świetny wpis i ciekawe spostrzeżenia. Mieszkam w US od trzech lat i mam bardzo podobne zdanie na ten temat. Naprawdę nie rozumiem ludzi którzy nie uczą się języka kraju w którym żyją i obracają się tylko w swoim sosie.
    Życie na emigracji czasem nie jest łatwe mam owszem polskich znajomych z którymi lubię się spotykać ale nie ograniczam się tylko do nich. Moja najlepsza koleżanka tutaj jest Kolumbijka dogadujemy się naprawdę świetnie!
    Pozdrawiam

  • Reply
    Olgietta
    19 maja 2018 at 12:01

    Bardzo trafione Kasia. To samo obserwuje w Niemczech. Napisalam rok temu post na temat samej nauki jezyka, co to dla mnie znaczylo.. ale jeszcze go nie opublicznilam. Moze sie w koncu skusze. Ale tez i narzekanie mnie denerwuje 😁

  • Reply
    Aleksandra
    19 maja 2018 at 12:05

    Oh, skad ja to znam! Mieszkam w Norwegii i tutaj to takze “norma” (jesli mozna nazwac tak tak smutne rzeczy). Kiedyś pojechalam z tata do stolicy Norwegii Oslo, na lotnisku starsza pani nie mogla otworzyć drzwi, pomoglam jej, chwile porozmawialysmy (po norwesku), nic by mnie nie zdziwilo gdyby nie spojrzenia innych polakow -jakbym byla jakims kosmita bo mowie po norwesku, a dla mnie to w pewnym stopniu obowiazek/przymus znac jezyk ojczysty kraju w ktorym sie mieszka… bardzo fajny post, więcej takich ciekawych ☺☺

  • Leave a Reply