INNOŚCI W STANACH

INNOŚCI W STANACH: NAPOJE

Teoretycznie napoje, które serwuje się w Polsce i za oceanem nie są od siebie diametralnie różne. I tu i tu można napić się kawy, kupić w automacie puszkę Coli i poprosić o szklankę wody. Jednak istnieje sporo większych i mniejszych różnic dotyczących napojów bezalkoholowych. Czasem może to być na przykład kwestia sposobu serwowania, rozmiaru albo… temperatury picia. W dzisiejszym poście z cyklu “Inności” zebrałam zbiór ciekawostek związanych właśnie z napitkami w Stanach Zjednoczonych. Są to subiektywne inności, które zaobserwowałam podczas mojego pobytu za oceanem. Mam nadzieję, że temat Was zaciekawi i dowiecie się czegoś interesującego!

WODA

Zacznijmy od najbardziej podstawowego napoju, czyli wody. Gdy idziemy do amerykańskiej restauracji, najczęściej zostajemy z automatu poczęstowani szklanką wody. Często kelner przynosi ją jeszcze przed złożeniem zamówienia, w wielu wypadkach nawet nie pytając czy mamy na ową wodę ochotę 😉 Do tego podczas posiłku regularnie uzupełnia zawartość naszej szklanki.

Woda w restauracjach jest darmowa i nigdy nie jest doliczana do rachunku. Brzmi super, co? Jednak kruczek jest taki, że serwowana jest kranówka, ewentualnie woda delikatnie przefiltrowana. Amerykanom to zupełnie nie przeszkadza, bo część z nich i tak taką wodę pija w domu. Niestety mnie ta “subtelna” woń chloru, którą wyczuwam na pół metra zdecydowanie zniechęca do gaszenia pragnienia kranówą 😉 Dlatego, jeśli w knajpie mam ochotę napić się wody butelkowanej, muszę o taką poprosić. Wtedy oczywiście taka pozycja pojawia się na rachunku, choć zwykle są to groszowe sprawy.

Woda w restauracjach serwowana jest najczęściej w wielkich półlitrowych szklanicach, w których ponad połowę miejsca zajmuje lód. Amerykanie kochają bardzo zimne, wręcz lodowate napoje. Wypicie czegokolwiek w tak zwanej temperaturze pokojowej, to dla nich obcy temat 😉 Na początku pobytu wiecznie walczyłam z bólem gardła, bo mój organizm zupełnie nie był przyzwyczajony do takich temperatur płynów! Teraz jestem bardziej uodporniona na zimne napoje, ale mimo to woda schłodzona w lodówce mi wystarcza. Nie czuję potrzeby dodatkowego oziębiania jej ośmioma kostkami lodu 😀

KAWA

Lubię napić się kawy i przyznam, że brakuje mi europejskiego ceremoniału jej picia. Klimatycznych kawiarni, pięknej zastawy a przede wszystkim… interakcji z drugą osobą! Bo “wyjście na kawę” jest u nas pretekstem do miłego spotkania, pogaduch z przyjaciółką a nawet pierwszej randki. Wspólne spędzenie czasu przy kawie jest swojego rodzaju rytuałem. W Ameryce, owszem, kawa jest równie popularnym napojem, ale pita jest zupełnie inaczej – samotnie, najczęściej w pośpiechu i w kartonowym kubku.

Po pół roku spotykania się z moim mężem zażartowałam, że jak to możliwe, że jeszcze nie zaprosił mnie na randkę na kawę 😉 Mieliśmy już za sobą kolacje, lunche, a nawet wspólnie spędzone weekendy i śniadania, ale w kawiarni nie byliśmy ani razu. Brian zrobił wprawdzie minę pt. “o co jej chodzi?”, ale przy pierwszej okazji postanowił nadrobić randkowe braki. Następnego dnia po wizycie w markecie skierował się do najbliższego Starbucksa. Podjechał do okienka “drive-thru” (tutaj o nich pisałam) i zamówił dwie duże karmelowe latte. Gdy otrzymał zamówienie, podał mi kartonowy kubek z plastikowym wieczkiem i zapytał: “czy teraz randka z kawą jest zaliczona?” 😉 Trochę czasu i parę wyjazdów do Europy zajęło mi pokazanie mu, że chodziło mi o coś zgoła innego…

Większość kawiarni w Stanach to sieciówki. Sama co jakiś czas do nich zaglądam, ale mam wrażenie, że wybieram się tam w innym celu niż większość. Najczęściej spotykam się tam z moją niemiecką przyjaciółką, która również tęskni za europejskim rytuałem piciem kawy. Zamawiamy sobie po kubku aromatycznego napoju i pogrążamy się w rozmowie. Jednak, mimo że często kawiarnia jest pełna ludzi, niejednokrotnie jesteśmy jedynymi osobami.. rozmawiającymi ze sobą. 😉 Pozostali często przychodzą do kawiarni sami. Może nie końca, bo towarzyszy im komputer. Siedzą w kawiarni, ze słuchawkami na uszach, korzystają z wifi, wpatrują się w swoje Macbooki i sączą kawę z kartonowego kubka. Dużo osób wybiera też opcję “to go” i swoją kawę wypija dopiero w samochodzie.

*

Dwa razy zdarzyło mi się zapytać w kawiarni, czy mogłabym poprosić o kawę w normalnym kubku. Pal sześć elegancką filiżankę, ale chociaż zwykły ceramiczny kubek, zamiast wiecznego picia kawy z kartonika. I dwa razy zobaczyłam zdziwione spojrzenie i usłyszałam, że nie mają takich kubków. Bo serwowanie kawy w ten sposób jest nieekologiczne (detergenty używane w zmywarkach są niezdrowe dla środowiska), natomiast kubki papierowe są eco-friendly. Ten argument usłyszany kraju, który w tak wielu kwestiach ma środowisko naturalne w głębokim poważaniu, nie do końca mnie przekonuje.

Na szczęście można znaleźć również takie miejsca w Stanach, gdzie wypije się kawę w miłej atmosferze, bez tłumu zapatrzonych w komputer samotników. I to niekoniecznie kawę z toną bitej śmietany i mnóstwem syropu smakowego, o wartości kalorycznej dwóch moich obiadów 😉 Kawę podaną w ciekawy sposób, w filiżance, z miłym dla oka kawowym wzorkiem wykonanym wprawną ręką baristy.

HERBATA

Nie wiem, jak w innych rejonach USA, ale tutaj gdzie mieszkam, czyli na południu Stanów, gorąca herbata jest mało popularnym napojem. Jeśli herbata, to tylko mrożona! Występuję ona najczęściej w dwóch wersjach: słodkiej i niesłodzonej. Osobiście nie przepadam ani za jedną, ani za drugą! Ta słodka jest często tak przesłodzona, że ciężko mi ją wypić, natomiast ta niesłodzona jest dla mnie.. zbyt gorzka 😉 Jednak często prosząc o “herbatę”, dostaję się właśnie ten mrożony napój.

Sama miałam kiedyś dwie takie sytuacje: jedną w restauracji, drugą podczas odwiedzin w prywatnym domu. W pierwszym przypadku byłam przeziębiona, z cieknącym nosem i bolącym gardłem, w drugim miałam jakieś dolegliwości żołądkowe i zamiast zwyczajowej “wody z lodem” marzyłam o gorącej herbatce. Nie doprecyzowałam jednak zamówienia/prośby i w obu przypadkach, zamiast gorącego naparu, z automatu dostałam herbatę mrożoną. W szklance do połowy wypełnionej lodem 😉

Ponieważ gorącą herbatę pija się tutaj bardzo rzadko, to czajnik, czy to zwykły czy elektryczny, często nie wchodzi w skład wyposażenia amerykańskich domów. I tak jak nie miałam okazji być w domu, w którym brakowało by ekspresu, tak znalezienie domu z czajnikiem na południu kraju bywa wyzwaniem 😉 W trzech różnych domach, gdy zapytałam swojego czasu o wrzątek na herbatę (na początku pobytu piłam ją częściej), podgrzano mi wodę w mikrofalówce 😉 Smakowa herbatka, która nie potrzebuje wrzątku jeszcze daje radę, natomiast Earl Grey niezależnie od ilości minut przygrzewania wody w mikrofali, wychodzi z białym nalotem. Dlatego ja nie wyobrażam sobie swojego domu bez normalnego czajnika 🙂

NAPOJE GAZOWANE

Nie można napisać posta o napojach bezalkoholowych w Stanach, nie uwzględniając popularnych “sodas”, czyli  słodzonych napojów gazowanych. W Ameryce ich spożycie jest ogromne, choć jeśli wierzyć optymistycznym badaniom – w ostatnim czasie trochę maleje. Jednak mimo, że wielu ludzi na fali mody na zdrowy tryb życia idzie po rozum do głowy i odstawia niezdrowe napoje, to nadal te płyny są za oceanem popularne. Są bardzo tanie i ogólnie dostępne.

Maszyny z gazowanymi napojami spotkać można na każdym kroku. W sklepach spożywczych często nie można kupić jednej małej puszki Coca-coli, tylko od razu cały 6-cio czy nawet 12-to pak tego napoju.  W większości barów szybkiej obsługi płaci się po prostu za “napój” i korzystając z dozowników pije się do woli, w ramach darmowej dolewki. W restauracjach natomiast, gdy zamówi się szklankę coli czy innego gazowane napoju, to kelner z dzbankiem uzupełnia szklankę kilka razy.

Na uwagę zasługuje też rozmiar kubków, w których serwowane są napoje w wielu fast-foodach. Mały kubek wydaje się naprawdę duży, w porównaniu do tego, co całe życie nazywałam “małym napojem”. Natomiast duży kubek w Stanach jest wielkości małego polskiego wiaderka 😉 Co do temperatury napoju, to obowiązuje identyczna zasada, jak w przypadku wody – im więcej lodu w szklance, tym lepiej – picie musi być lodowate 😉 

Oczywiście, każdy napój ma swój odpowiednik w wersji “light” czy “zero”, w którym zamiast tony cukru, znajdziemy mnóstwo równie niezdrowych substancji słodzących. Ja nie pijam takich napojów prawie wcale i gdyby nie wizyta w World’s of Coca-Cola w Atlancie, to pewnie do tej pory nie znałabym większości dostępnych smaków 😉