INNOŚCI W STANACH: NAPOJE

3420 Wyświetleń 26 komentarzy

Teoretycznie napoje, które serwuje się w Polsce i za oceanem nie są od siebie diametralnie różne. I tu i tu można napić się kawy, kupić w automacie puszkę Coli i poprosić o szklankę wody. Jednak istnieje sporo większych i mniejszych różnic dotyczących napojów bezalkoholowych. Czasem może to być na przykład kwestia sposobu serwowania, rozmiaru albo… temperatury picia. W dzisiejszym poście z cyklu „Inności” zebrałam zbiór ciekawostek związanych właśnie z napitkami w Stanach Zjednoczonych. Są to subiektywne inności, które zaobserwowałam podczas mojego pobytu za oceanem. Mam nadzieję, że temat Was zaciekawi i dowiecie się czegoś interesującego!


WODA

Zacznijmy od najbardziej podstawowego napoju, czyli wody. Gdy idziemy do amerykańskiej restauracji, najczęściej zostajemy z automatu poczęstowani szklanką wody. Często kelner przynosi ją jeszcze przed złożeniem zamówienia, w wielu wypadkach nawet nie pytając czy mamy na ową wodę ochotę 😉 Do tego podczas posiłku regularnie uzupełnia zawartość naszej szklanki.

Woda w restauracjach jest darmowa i nigdy nie jest doliczana do rachunku. Brzmi super, co? Jednak kruczek jest taki, że serwowana jest kranówka, ewentualnie woda delikatnie przefiltrowana. Amerykanom to zupełnie nie przeszkadza, bo część z nich i tak taką wodę pija w domu. Niestety mnie ta „subtelna” woń chloru, którą wyczuwam na pół metra zdecydowanie zniechęca do gaszenia pragnienia kranówą 😉 Dlatego, jeśli w knajpie mam ochotę napić się wody butelkowanej, muszę o taką poprosić. Wtedy oczywiście taka pozycja pojawia się na rachunku, choć zwykle są to groszowe sprawy.

Woda w restauracjach serwowana jest najczęściej w wielkich półlitrowych szklanicach, w których ponad połowę miejsca zajmuje lód. Amerykanie kochają bardzo zimne, wręcz lodowate napoje. Wypicie czegokolwiek w tak zwanej temperaturze pokojowej, to dla nich obcy temat 😉 Na początku pobytu wiecznie walczyłam z bólem gardła, bo mój organizm zupełnie nie był przyzwyczajony do takich temperatur płynów! Teraz jestem bardziej uodporniona na zimne napoje, ale mimo to woda schłodzona w lodówce mi wystarcza. Nie czuję potrzeby dodatkowego oziębiania jej ośmioma kostkami lodu 😀

KAWA

Lubię napić się kawy i przyznam, że brakuje mi europejskiego ceremoniału jej picia. Klimatycznych kawiarni, pięknej zastawy a przede wszystkim… interakcji z drugą osobą! Bo „wyjście na kawę” jest u nas pretekstem do miłego spotkania, pogaduch z przyjaciółką a nawet pierwszej randki. Wspólne spędzenie czasu przy kawie jest swojego rodzaju rytuałem. W Ameryce, owszem, kawa jest równie popularnym napojem, ale pita jest zupełnie inaczej – samotnie, najczęściej w pośpiechu i w kartonowym kubku.

Po pół roku spotykania się z moim mężem zażartowałam, że jak to możliwe, że jeszcze nie zaprosił mnie na randkę na kawę 😉 Mieliśmy już za sobą kolacje, lunche, a nawet wspólnie spędzone weekendy i śniadania, ale w kawiarni nie byliśmy ani razu. Brian zrobił wprawdzie minę pt. „o co jej chodzi?”, ale przy pierwszej okazji postanowił nadrobić randkowe braki. Następnego dnia po wizycie w markecie skierował się do najbliższego Starbucksa. Podjechał do okienka „drive-thru” (tutaj o nich pisałam) i zamówił dwie duże karmelowe latte. Gdy otrzymał zamówienie, podał mi kartonowy kubek z plastikowym wieczkiem i zapytał: „czy teraz randka z kawą jest zaliczona?” 😉 Trochę czasu i parę wyjazdów do Europy zajęło mi pokazanie mu, że chodziło mi o coś zgoła innego…

Większość kawiarni w Stanach to sieciówki. Sama co jakiś czas do nich zaglądam, ale mam wrażenie, że wybieram się tam w innym celu niż większość. Najczęściej spotykam się tam z moją niemiecką przyjaciółką, która również tęskni za europejskim rytuałem piciem kawy. Zamawiamy sobie po kubku aromatycznego napoju i pogrążamy się w rozmowie. Jednak, mimo że często kawiarnia jest pełna ludzi, niejednokrotnie jesteśmy jedynymi osobami.. rozmawiającymi ze sobą. 😉 Pozostali często przychodzą do kawiarni sami. Może nie końca, bo towarzyszy im komputer. Siedzą w kawiarni, ze słuchawkami na uszach, korzystają z wifi, wpatrują się w swoje Macbooki i sączą kawę z kartonowego kubka. Dużo osób wybiera też opcję „to go” i swoją kawę wypija dopiero w samochodzie.

*

Dwa razy zdarzyło mi się zapytać w kawiarni, czy mogłabym poprosić o kawę w normalnym kubku. Pal sześć elegancką filiżankę, ale chociaż zwykły ceramiczny kubek, zamiast wiecznego picia kawy z kartonika. I dwa razy zobaczyłam zdziwione spojrzenie i usłyszałam, że nie mają takich kubków. Bo serwowanie kawy w ten sposób jest nieekologiczne (detergenty używane w zmywarkach są niezdrowe dla środowiska), natomiast kubki papierowe są eco-friendly. Ten argument usłyszany kraju, który w tak wielu kwestiach ma środowisko naturalne w głębokim poważaniu, nie do końca mnie przekonuje.

Na szczęście można znaleźć również takie miejsca w Stanach, gdzie wypije się kawę w miłej atmosferze, bez tłumu zapatrzonych w komputer samotników. I to niekoniecznie kawę z toną bitej śmietany i mnóstwem syropu smakowego, o wartości kalorycznej dwóch moich obiadów 😉 Kawę podaną w ciekawy sposób, w filiżance, z miłym dla oka kawowym wzorkiem wykonanym wprawną ręką baristy.

HERBATA

Nie wiem, jak w innych rejonach USA, ale tutaj gdzie mieszkam, czyli na południu Stanów, gorąca herbata jest mało popularnym napojem. Jeśli herbata, to tylko mrożona! Występuję ona najczęściej w dwóch wersjach: słodkiej i niesłodzonej. Osobiście nie przepadam ani za jedną, ani za drugą! Ta słodka jest często tak przesłodzona, że ciężko mi ją wypić, natomiast ta niesłodzona jest dla mnie.. zbyt gorzka 😉 Jednak często prosząc o „herbatę”, dostaję się właśnie ten mrożony napój.

Sama miałam kiedyś dwie takie sytuacje: jedną w restauracji, drugą podczas odwiedzin w prywatnym domu. W pierwszym przypadku byłam przeziębiona, z cieknącym nosem i bolącym gardłem, w drugim miałam jakieś dolegliwości żołądkowe i zamiast zwyczajowej „wody z lodem” marzyłam o gorącej herbatce. Nie doprecyzowałam jednak zamówienia/prośby i w obu przypadkach, zamiast gorącego naparu, z automatu dostałam herbatę mrożoną. W szklance do połowy wypełnionej lodem 😉

Ponieważ gorącą herbatę pija się tutaj bardzo rzadko, to czajnik, czy to zwykły czy elektryczny, często nie wchodzi w skład wyposażenia amerykańskich domów. I tak jak nie miałam okazji być w domu, w którym brakowało by ekspresu, tak znalezienie domu z czajnikiem na południu kraju bywa wyzwaniem 😉 W trzech różnych domach, gdy zapytałam swojego czasu o wrzątek na herbatę (na początku pobytu piłam ją częściej), podgrzano mi wodę w mikrofalówce 😉 Smakowa herbatka, która nie potrzebuje wrzątku jeszcze daje radę, natomiast Earl Grey niezależnie od ilości minut przygrzewania wody w mikrofali, wychodzi z białym nalotem. Dlatego ja nie wyobrażam sobie swojego domu bez normalnego czajnika 🙂

NAPOJE GAZOWANE

Nie można napisać posta o napojach bezalkoholowych w Stanach, nie uwzględniając popularnych „sodas”, czyli  słodzonych napojów gazowanych. W Ameryce ich spożycie jest ogromne, choć jeśli wierzyć optymistycznym badaniom – w ostatnim czasie trochę maleje. Jednak mimo, że wielu ludzi na fali mody na zdrowy tryb życia idzie po rozum do głowy i odstawia niezdrowe napoje, to nadal te płyny są za oceanem popularne. Są bardzo tanie i ogólnie dostępne.

Maszyny z gazowanymi napojami spotkać można na każdym kroku. W sklepach spożywczych często nie można kupić jednej małej puszki Coca-coli, tylko od razu cały 6-cio czy nawet 12-to pak tego napoju.  W większości barów szybkiej obsługi płaci się po prostu za „napój” i korzystając z dozowników pije się do woli, w ramach darmowej dolewki. W restauracjach natomiast, gdy zamówi się szklankę coli czy innego gazowane napoju, to kelner z dzbankiem uzupełnia szklankę kilka razy.

Na uwagę zasługuje też rozmiar kubków, w których serwowane są napoje w wielu fast-foodach. Mały kubek wydaje się naprawdę duży, w porównaniu do tego, co całe życie nazywałam „małym napojem”. Natomiast duży kubek w Stanach jest wielkości małego polskiego wiaderka 😉 Co do temperatury napoju, to obowiązuje identyczna zasada, jak w przypadku wody – im więcej lodu w szklance, tym lepiej – picie musi być lodowate 😉 

Oczywiście, każdy napój ma swój odpowiednik w wersji „light” czy „zero”, w którym zamiast tony cukru, znajdziemy mnóstwo równie niezdrowych substancji słodzących. Ja nie pijam takich napojów prawie wcale i gdyby nie wizyta w World’s of Coca-Cola w Atlancie, to pewnie do tej pory nie znałabym większości dostępnych smaków 😉

26 Komentarzy
  • Ania 24 września 2017, 22:25 Odpowiedz

    oo bardzo zainteresował mnie ten post. ogólnie rzecz biorąc, fascynują mnie Stany Zjednoczone i wszystko, co z nimi związane, dlatego tym bardziej cieszę się, że natrafiłam na Twój blog i na ten post, pełen różnych ciekawostek 🙂

    • kashienka 28 września 2017, 23:49

      Cieszę się, że post Cię zaciekawił, mam nadzieję, że będziesz wpadać częściej 🙂

  • Kasia Ig. 24 września 2017, 23:10 Odpowiedz

    Mam te same spostrzeżenia. Mieszkałam kilkanaście lat temu w New Jersey i uwierz mi 2 tygodnie zajęło mi kupowanie czajnika elektrycznego bo nigdzie nie mogłam go dostać. Wodę na herbatę gotowałam w garnku bo nie mogłam żyć bez tego gorącego napoju. Czajnik kupiłam w końcu w jakimś dollarowym sklepie i kolejny tydzień gotowałam w nim wodę i ją wylewałam bo śmierdziała plastikiem. Ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma 😛 Nasze europejskie czajniki są piękne. Ten nasz nie miał nawet podstawki czy jak to tam się nazywa. Prosto z niego wystawał kabel. Mam go gdzieś jeszcze w piwnicy na pamiątkę herbacianego koszmaru 😛

    • kashienka 28 września 2017, 23:51

      Niezła historia! Ja pamiętam jak pojechałam do sklepu kupić czajnik przed przylotem moich rodziców i na stanie były tylko dwa modele – jeden zwykły, drugi elektryczny 😀 W Ameryce gdzie wszystkiego jest zawsze „od wybory do koloru”! Kupiłam ten elektryczny i choć cudo techniki to nie było, to służy nam do dziś :)))))))

  • Ania 24 września 2017, 23:10 Odpowiedz

    Po raz kolejny zgadzam sie w 100% ze wszystkim co opisalas. Dodam tylko, ze ja w pewnym momencie zorientowalam sie, ze jesli chce ciepla herbatke z cytryna i miodem na bol gardla, to musze poprosic o Chamomile tea – napar z rumianku. Wtedy wszyscy wiedza, ze ma byc to cieple i nikt sie specjalnie nie dziwi. Amerykanie czesto lecza przeziebienie lub bol brzucha wlasnie rumiankiem. Niestety, wiekszosc z nich nie ma czajnika (lub nawet nie wie co to jest czajnik!) wiec woda do zalania rumianku najczesciej bywa podgrzana w mikrofali lub o zgrozo! w ekspresie do kawy…

    • kashienka 28 września 2017, 23:53

      Kurczę nie słyszałam o popularności tego naparu z rumianku, muszę kiedyś zapytać 🙂 Ale co do podgrzewania w mikrofali to standard amerykański widzę 😀 Choć z podgrzewaniem w ekspresie też się raz spotkałam! 😉

  • ela 25 września 2017, 06:53 Odpowiedz

    Bardzo interesujący blog i post.Odkryłam Ciebie niedawno i regularnie zaglądam.
    Sama w Stanach nie byłam, ale lata tam moja corka z zięciem..i ogólnie sa USA zachwyceni ale mieszkac na stałe by tam nie chcieli;-)
    Pozdrawiam, post o napojach bardzo ciekawy!

    • kashienka 28 września 2017, 23:54

      Dziękuję – bardzo mi miło i zapraszam oczywiście częściej 🙂

  • justyna 25 września 2017, 19:55 Odpowiedz

    Ja mieszkam w Chicago i tu akurat mowi sie, ze Chicagowska woada jest jedna z lepszych. w domu, co prawda jej nie pijam ale w restauracji tak. Poniewaz sama nie przepadam za iloscia lodu zawsze prosze o napoj albi z „easy ice” albo „no ice”.

    • kashienka 28 września 2017, 23:55

      W Chicago nie próbowałam, ale w Atlancie mocno śmierdziała chlorem, brrr :/ Ja też proszę czasem napój bez lodu, a kelnerzy robią wielkie oczy 😀

  • Iza 26 września 2017, 08:26 Odpowiedz

    Super wpis! lubię te inności w stanach. Własnie przeczytalam do porannej domowej goracej kawki (zalanej woda z czajnika) w ceramicznym kubku 🙂 hehe az docenilam takie proste rzeczy, o ktorych zwykle nawet nie mysle 😉 Pozdrawiam

    • kashienka 28 września 2017, 23:56

      Dokładnie, takie proste i banalne rzeczy docenia się dopiero jak ich zabraknie 😀

  • Pantofel w podróży 26 września 2017, 15:25 Odpowiedz

    Ta zasada wielkości napojów również jest w kawach… moja mina kiedy zobaczyłam „Big coffee” w litrowym kubku… o_0 bezcenna.

    • kashienka 28 września 2017, 23:57

      Taaa, kawa też czasem jest „super size” jak wiele innych rzeczy w Stanach 😀

  • Sonia 27 września 2017, 09:14 Odpowiedz

    Hahaha pamiętam jak przyleciałam pierwszy raz do Stanów i mieszkałam u przyjaciół – woda na herbatę odgrzewana w potężnej mikofalii – klasyk 🙂

    Podoba mi się w Stanach to że Starbucks jest do bólu powszechny i tani, u Nas to wciąż lans i trwonienie kasy 🙁

    • kashienka 29 września 2017, 00:00

      Kto nie „parzył” earl greya na wodzie z mikrofali ten nie zna życia :DDD

      Taaa.. z tym Starbucksem – nie zapomnę jak pojechaliśmy do PL zimą w 2014 roku z Brianem i weszliśmy tam po kawę „na rozgrzanie”. Dwie kawy typu latte bez niczego do jedzenia – 33 zł. Masakra. Wcześniej, przed wyjazdem, rzadko pijałam kawę w Starbucksie bo w sumie kawa plus małe ciasto to cena obiadu…

  • Mariem 27 września 2017, 15:06 Odpowiedz

    Masz bardzo dużą wiedzę , chciałabym taniego Starbucks’a

    • kashienka 29 września 2017, 00:01

      Dzięki 🙂 Tak, Starbucks tani, ale są wartości kaloryczne na tablicy – i odechciewa się człowiekowi tych wypaśnych kaw zbyt często :)))))

  • Majka 28 września 2017, 17:45 Odpowiedz

    Kasiu, zgadzam się we wszystkim:) rozbawiła mnie ta notka, faktycznie jak prosiłam o herbatę, to często jeszcze raz musiałam prosić o cukier, a potem jeszcze o łyżeczkę bo nie wpadłam na to, że to nie jest standard.. a miny obsługi – SZOK I NIEDOWIERZANIE ! 🙂

    • kashienka 29 września 2017, 00:40

      Taaa, zamówienie gorącej herbaty to dla nich wyjątkowo niecodzienna sytuacja 😀

  • Madzia 30 września 2017, 20:11 Odpowiedz

    🙂 Nie mogłabym żyć bez gorącej herbaty. Zwłaszcza zielonej 🙂
    Kurcze, jak tak czyta to co piszesz, to jeszcze bardziej czuję się Europejką 😉
    Pozdrawiam

    • kashienka 30 września 2017, 22:51

      Czasem takie niuanse, na które nie zwraca się uwagi dają nam trochę do myślenia 🙂 Ja zdecydowanie czuję się bardziej Europejką od kiedy mieszkam w Stanach!

  • Dżo FlamingBlog 2 października 2017, 20:22 Odpowiedz

    O tych wielkich kubłach na napój w McDonaldzie słyszałam od taty. Całe porcje jedzeniowe są o wiele większe niż u nas.

    Z wodą w niektórych krajach też jest podobnie – dają ją za darmo. W Warszawie mogliby także to rozporządzić, ponieważ kranówka w stolicy jest jak najbardziej zdatna do picia. 😉

    A czy w Stanach są jakieś takie hiperdziwaczne napoje? 😉

    • kashienka 3 października 2017, 03:32

      Poważnie mówisz z tą warszawską kranówką? Nie słyszałam o tym 🙂
      Czy dziwaczne to nie wiem, ale tych wszystkich napojów jest tyle, że podczas całego pobytu spróbowałam może 3%! Podejrzewam, że można znaleźć jakieś dziwne smaki 😛

  • Agnieszka 4 października 2017, 15:20 Odpowiedz

    Uwielbiam pić kawę w kawiarni w porcelanowej filiżance, nawet sama w towarzystwie książki. To takie odprezajace! Jestem w szoku, że Amerykanie wolą wypić ten cudowny napój w litrowym papierowym kuble w biegu niż usiąść w miękkim fotelu i celebrować każdy łyk z niedużej filiżanki. Ale co kraj to obyczaj
    🙂

    • kashienka 4 października 2017, 23:32

      No niestety ja nie zauważyłam tutaj żadnej celebracji picia kawy 🙁 Ja mam dokładnie tak samo jak Ty – widać, że my ze Starego Lądu 🙂

Skomentuj

Przepis wynik *