PROJEKT 30: PRZEBIEGNIĘCIE PÓŁMARATONU

1630 Wyświetleń 16 komentarzy

Przejrzałam na szybko archiwum i zauważyłam, że dawno nie pojawił się żaden post z cyklu Projekt30. Cóż, ostatnie miesiące były tak intensywne, że mało nie zapomniałam o moim planie, który chciałabym zrealizować przed moimi trzydziestymi urodzinami. Czy oznacza to wobec tego, że minione miesiące były kiepskie i mało owocne pod względem realizacji marzeń? Wręcz przeciwnie – spełniło się to chyba największe, które wydawało mi się tak nierealne, że nawet nie umieściłam go w swoim projekcie 😀 (więcej na ten temat: tutaj)

Jednak nadszedł wreszcie czas na odkreślenie kolejnego podpunktu z mojej listy 🙂 Spełnienie tego marzenia było chyba najtrudniejsze, bo nie zależało zupełnie od szczęścia, pozytywnego zbiegu okoliczności czy możliwości finansowych. Wymagało natomiast duuużo ciężkiej pracy, sporej systematyczności oraz litrów wylanego potu 😉 Było bardzo ciężko zrealizować ten plan, ale może dlatego moja satysfakcja jest tak wielka? 🙂

Pewnie część z Was zastanawia się w ogóle, dlaczego umieściłam podpunkt „Przebiegnięcie półmaratonu” na mojej liście. Przyznam, że czasem się sama się nad tym zastanawiam 😉 Jak wielokrotnie powtarzałam ze sportem byłam na bakier od swoich najmłodszych lat (opisałam to zresztą dość szczegółowo w jednym z postów), więc skoro do tej pory żyłam sobie spokojnie, bez jakikolwiek ambicji i celów sportowych, to co mi odbiło na stare lata? 😉 Sama nie wiem! Biegam z większymi i mniejszymi przerwami od wiosny 2014 (wcześniej miałam jakieś tam próby, ale były to epizody trwające maksymalnie dwa dni, po których „rzucałam to bieganie w cholerę”). Jednak mimo praktycznie trzyletniej przygody nadal nie przepadam za czynnością biegania! 😛 Uwielbiam uczucie satysfakcji, gdy biorę prysznic po biegu, lubię widzieć, że moje ciało zmienia się pod wpływem wybieganych kilometrów, lubię podziwiać piękne widoki na biegowej trasie – ale sam w sobie bieg naprawdę nie podnosi mi poziomu endorfin 😉

Przyjemności szczególnej mi to nie sprawia, ale skoro już biegam średnio trzy razy w tygodniu, to od czasu biorę udział w jakimś zorganizowanym biegu. Do tej pory, z tego co pamiętam, były to dwa biegi na 5km i chyba z 5 biegów na 10km. Oprócz pierwszej „dziesiątki”, raczej nie musiałam się wcale przygotowywać do kolejnych biegów, bo były to dystanse, które zwykle pokonuję podczas zwykłego treningu. Zupełnie inaczej rzecz się miała z półmaratonem – na samo słowo 21km czułam ból łydek i duuuużo czasu taki bieg wydawał mi się rzeczą totalnie nie do wykonania 😉

Jednak skoro już z jakiegoś powodu umieściłam taki cel w moim projekcie30, to wiedziałam, że naprawdę chcę zmierzyć z tym wyzwaniem – prędzej czy później. I pewien pomysł zaświtał mi głowie chyba jakoś pod koniec lutego – wymyśliłam sobie, że chciałabym przeciec ten dystans przed jeszcze moim majowym wyjazdem do Polski. Był to dość szalony czas na podjęcie takiej decyzji, wizja przeprowadzki za chwilę, załatwianie tysiąca spraw z nią związanych, ale powiedziałam sobie – raz kozie śmierć! 😉 Sprawdziłam w internecie terminy półmaratonów w okolicy Tampy odbywające na początku maja i na początku marca zaczęłam intensywniej trenować skupiając się praktycznie na samym cardio. Nawet jak szłam na siłownię, to zamiast mocować się z ciężarkami jak kiedyś – ćwiczyłam bieganie po stromym terenie na bieżni. Nikt jednak oprócz Briana nie wiedział o moim planie 😉 Czasem zdarzyło mi się wspomnieć, że „…kiedyś chciałabym”, ale nie mówiłam nikomu, że aktualnie trenuję do półmaratonu.

Oczywiście, nie raz i nie dwa miałam ochotę rzucić to wszystko w diabły, gdy przychodziłam zmordowana i spocona jak mała świnka po kolejnym biegu, ale zawsze świadomość, że właśnie przebiegłam kolejny km więcej albo dłużej wytrzymałam na bieżni dodawały mi skrzydeł 🙂 No i wiedziałam, że bieg zbliża się wielkimi krokami więc nie ma czasu „nie chce mi się” albo „mam zakwasy”! Po przeprowadzce do Tampy zaczęłam biegać jeszcze intensywniej, ciesząc się nowymi, pięknymi ścieżkami biegowymi i podziwiając cudowną okolicę. Im bliżej maja, tym bardziej zmotywowana byłam. I tak podnosiłam poprzeczkę nieco wyżej i wyżej, sprawdzałam ile mój organizm jest w stanie wytrzymać, aż w końcu w piątek pod koniec kwietnia przebiegłam dokładnie tyle, ile założyłam sobie że muszę przebiec przed zapisaniem się na półmaraton – 20km (a w zasadzie 4 x 5km bo po każdej piątce robiłam sobie krótki przystanek).

Ale historia nie byłaby przecież MOJĄ historią, gdyby po drodze nie wydarzyły się jakieś komplikacje, prawda?! 🙂 No więc wyobraźcie sobie, że dwa dni później, gdy chciałam dokonać formalnego napisu na bieg okazało się… że takiego biegu nie ma ani w Tampie, ani w okolicy! Nie wiem, naprawdę nie wiem, jakim cudem dwa miesiące wcześniej sprawdziłam i zaznaczyłam sobie w kalendarzu datę 6 maja jako dzień półmaratonu – nie to, że pierwszy raz zdarzyła mi się pomyłka tego typu, ale przecież są jakieś granice roztrzepania! W każdym razie poczułam, że cały mój piękny plan runął w gruzach – następny z kolei półmaraton miał odbyć się w czerwcu, czyli w czasie, gdy będę w Polsce. Aż pobeczałam się z tej złości na samą siebie i rozczarowania, że nie zdążę zrealizować planu przed wylotem do kraju. Sytuację uratował mój kochany mąż, który widząc mnie płaczącą krokodylimi łzami szybko znalazł mi inny półmaraton odbywający się tego właśnie dnia na Florydzie. Nieważne, że cztery godziny drogi od nas, w Tallahassee – powiedział, że zrobimy sobie z tej okazji krótką wycieczkę do stolicy stanu i odwiedzimy też kampus oraz stadion jego ulubionego college’u – Florida State Univeristy. Ufffff, sytuacja uratowana!

Kilka dni przed biegiem starałam się oszczędzać siły – żadnych długich biegów ani forsownych ćwiczeń, zwłaszcza że prawe kolano zaczęło mi dokuczać dosyć mocno pod koniec moich treningów. Dzień wcześniej, w drodze do Tallahassee byłam tak mocno podekscytowana, że ledwo mogłam usiedzieć w samochodzie 😀 Nerwy dopadły mnie dopiero w nocy, w hotelu, gdy zajechaliśmy na miejsce. Było mi bardzo zimno (cztery godziny na północ i nocą było 18 stopni), bolał mnie brzuch i nie wiedzieć czemu, nogi. Rano było jeszcze gorzej 😉 Nerwy jeszcze większe i ściśnięty żołądek – wręcz na siłę jadłam moje pożywne śniadanie dwie godziny przed biegiem. Nie pomógł też fakt, że uświadomiłam sobie, że nie wzięłam z domu słuchawek w których zawsze biegałam, a na stacji nie mieli takich pasujących.. Przy odbieraniu pakietów, gdy babka zapytała, czy ja na półmaraton, tylko zaśmiałam się nerwowo i powiedziałam, że sama nie wiem 😉 Minutę przed biegiem trzęsłam się jak osika, trochę z nerwów, trochę z zimna i oglądałam się na innych biegaczy, którzy oczywiście wydawali mi się zawodowcami, którzy półmaraton to zwykle biegną przed niedzielnym śniadaniem 😉

Bieg był dla mnie ciężki. Warunki sporo różniły się od tych do których byłam przyzwyczajona. Ja biegam sobie po równiutkim chodniku w mieście (opcjonalnie po pasie zieleni obok chodnika – od kiedy zaczęto przestrzegać mnie przed zbyt długim bieganiem po twardej nawierzchni) – tutaj trasa biegowa niemal w całości prowadziła po szlakach w lesie i nad jeziorem. Widoki przepiękne, trzeba przyznać, ale zamiast skupiać się na cudach natury musiałam raczej patrzeć pod nogi by nie wywinąć orła na wystających korzeniach, kamieniach czy naturalnych zagłębieniach. Ponadto jestem przyzwyczajona do biegania po zupełnie płaskim terenie, a w lesie, jak to w lesie – górki i pagórki. Oczywiście nie był to teren górzysty ani nic takiego, spadki i wzniesienia nie były jakieś strome, ale mimo wszystko uwierzcie – moje łydki zdecydowanie poczuły różnicę 😉

Co czułam w chwili przekroczenia linii mety? Nic 😀 Byłam tak wykończona, że w sumie w pierwszej chwili nie poczułam nic szczególnego, oprócz tego, że po zatrzymaniu i zrobieniu dwóch kroków tak zawróciło mi się w głowie, że mąż musiał mnie asekurować, żebym nie zaliczyła zjawiskowej gleby. W pierwszej kolejności poprosiłam też o Colę, której normalnie nie piję – ale w tej sytuacji czułam, że moje ciało potrzebuje na gwałt cukru (Endomondo zaraportowało, że spaliłam prawie 1500 kcal!), a ja nigdy po zaraz biegu nie jestem w stanie nic zjeść. Oczywiście jak Coca-cola jest sprzedawana w Stanach dosłownie wszędzie, to tam akurat jej nie było 😉 Zauważyłam, że zarówno moje nogi jak i dłonie są bardzo spuchnięte – normalnie obrączka i pierścionek zaręczynowy wręcz „latają” na moim palcu, a wtedy oba świecidełka wyglądały jak zaciśnięte jak na jakimś serdelku! Poszłam do łazienki, obmyłam twarz wodą, spojrzałam w lustro – i wtedy do mnie dotarło :))))))) Wróciłam z łazienki ze łzami w oczach i powtórzyłam chyba z 10 razy – ZROBIŁAM TO. NAPRAWDĘ TO ZROBIŁAM!

Kolejne marzenie spełnione, kolejny cel osiągnięty 🙂 Mam poczucie gigantycznej satysfakcji, że pokonałam własne słabości i odważyłam się podjąć wyzwanie. Że mimo, że nastawiałam się na bieg z trzema króciutkimi przerwami (tak jak robiłam to podczas treningów) to podczas biegu postanowiłam spróbować biec cały czas, wolnym ale równym tempem. Moim jedynym założeniem było przekroczenie linii mety – choćby miała się do niej doturlać na końcu 😉 A ja dobiegłam do samego końca i to w czasie który mnie, całkowitą amatorkę zdecydowanie satysfakcjonuje. Może dla niektórych taki dystans to pestka, ale dla mnie to wielkie, wielkie osiągnięcie. I pierwszy zdobyty w życiu medal będzie mi o tym przypominał 🙂

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

16 Komentarzy
  • Olga 8 maja 2017, 22:48 Odpowiedz

    Super! Gratulacje <3 Kurczę, to już jest naprawdę niezły dystans, no i widać, że emocje były 😉

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:24

      Oj były i to wielkie! Dziękuję <3

  • Marta 9 maja 2017, 03:36 Odpowiedz

    Gratulacje! Po lesie jest ciezej biegac niz po ulicy, wiec liczy sie podwojnie, a szczegolnie w cieplym klimacie! Lepiej wiec tez trenowac na dworze, zeby sie of poczatku przyzwyczaic do wysokich temperatur. Na silowniach zawsze jest chlodno, wiec jak sie potem biegnie dlugodystansowo w 25C- 30C, to mozna niemal wykorkowac, jak sie nie przestawilo w pore. Ha ha, ja zawsze po spaleniu powyzej 1200 kalorii budze sie w nocy tak kolo 3 i musze zjec pelen obiad… Tez sie budzilas? 🙂

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:26

      Dzięki! Dokładnie tak – bieganie na bieżni w klimatyzowanej siłowni, a na dworze jak jest gorąco to zupełnie inna bajka. Haha, nie budziłam się w nocy wprawdzie, ale za to rano wilczy apetyt 😀

  • Magda - Słomiana zapałka 9 maja 2017, 08:35 Odpowiedz

    Gratulacje! Ja to jestem raczej tym typem, któremu bieganie samo w sobie też nie podnosi endorfin. Co prawda bardzo dobrze czuję się zawsze po (po moich 4 albo max 5 kilometrach). Raz brałam udział w biegu grupowym i kurcze coś w tym jest, bo wtedy to było fajne ale bieg też króciutki. Ty mi się wydajesz mega wysportowana jak Cię oglądam na insta snapie 🙂 Może ten ciepły klimat jest dodatkową motywacją?

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:30

      Nigdy w życiu nie nazwałabym się mega wysportowaną osobą, ale dziękuję za tak miłe słowa <3 Ciepły klimat motywuje o tyle, że tutaj prawie ciągle chodzi się tylko w szortach/krótkich sukienkach, więc jakby sezon bikini jest cały rok. Nie można pod cieplejszymi ubraniami ukryć kilku dodatkowych fałdek ;P ps. Dla mnie też 5 km jest chyba najfajniejszym dystansem!

  • Paulina G Lifestyle 9 maja 2017, 14:54 Odpowiedz

    Gratulacje!!! 😉
    Biegam dość sporo, ale chyba nie odważyłabym się na tak długą trasę. Podziwiam!
    W takim razie w przyszłym roku maraton? ;D

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:31

      W ŻYCIU! :))))))))))))))
      Półmaraton to był maks moich możliwości 🙂 Zdecydowanie preferuję krótsze trasy.

  • Katuszka 9 maja 2017, 18:02 Odpowiedz

    Ogromne gratulacje! Jak widac- nie ma rzeczy niemozliwych! Pamietam jak opisywalas poczatki przygody z bieganiem, a teraz polmaraton! Wow! Podziwiam Cie Kasiu! Zwlaszcza, ze wprost mowisz, ze ten caly „endorfinkowy szal” u Ciebie nie wystepuje 😉 tym bardziej pelen podziw dla Twojej wytrwalosci! To co, kiedy maraton?;D
    Pozdrawiam serdecznie,
    Katuszka

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:35

      Mówię o tym wprost, bo taka jest prawda! 🙂 Super, że niektórzy czują endorfinkowy szał, ale ja niestety nie jestem w tym gronie szczęśliwców. Ćwiczę by popracować nad lepszą figurą i cieszyć się dobrym zdrowiem – a satysfakcja, że robię coś dobrego dla siebie też jest super uczuciem 🙂
      Maraton? Nigdy! :P. Pozdrowionka!

  • LIFESTYLERKA - Żyj zdrowo & Aktywnie 9 maja 2017, 18:48 Odpowiedz

    Kasiu, gratulacje! Ale sukces. Super jest tak przekraczać swoje granice wytrzymałości :). Ale jak z Ciebie kruszynka na tle tych wszystkich ludzi!!! 🙂

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:36

      Hahaha, ginę w amerykańskim tłumie 😀
      Dziękuję Kochana – tak, zgadzam się, to świetne uczucie!

  • Joanna Marek-Blukacz 9 maja 2017, 22:33 Odpowiedz

    Podziwiam i gratuluje. 😉 To jest dopiero wyczyn. …..ja z bieganiem jestem na bakier. 😉

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:37

      Dzięki Kochana <3 Ja też byłam na bakier, przez większość życia 😉

  • Magda 11 maja 2017, 11:38 Odpowiedz

    Jestem z Ciebie dumna Kasiu!

    • kashienka 2 czerwca 2017, 16:36

      Dziękuję ślicznie <3

Skomentuj

Przepis wynik *