OKIEM AMERYKANINA

POLSKA JĘZYK, TRUDNA JĘZYK vol.4

Daaaawno nie było wpisu z tej kategorii (ponad rok!), ale to za sprawą tego, że mój małżonek po wyjeździe z Polski przestał czynić jakikolwiek wysiłek w celu przyswojenia sobie naszego pięknego języka 😉 A skoro sam nie czuł takiej potrzeby, to ja tym bardziej go do tego nie nakłaniałam. Sama wiem, jak na mnie działa uporczywe nakłanianie mnie do zrobienia czegokolwiek – osiąga się efekt wprost przeciwny, bo wtedy na sto procent nie będę zainteresowana daną czynnością – mam tak od dziecka i nie zanosi się na zmiany 😉 Zresztą nauka kilku słówek czy paru zdań w moim ojczystym języku to miała być dla niego przyjemność a nie konieczność, więc o jakimkolwiek przymusie nie może być mowy.

I tak oto spędziliśmy niemalże rok bez jakichkolwiek konwersacji po polsku, aż w końcu mój małżonek wróciwszy z siłowni tak do mnie rzecze: kkkkkciałbym ciegoś siem napić! Oho, myślę sobie – chyba szykuje przemówienie na nasze polskie przyjęcie skoro z jakiegoś powodu wrócił do swoich starych płyt do nauki polskiego 😀 Jakikolwiek kontakt Briana z językiem polskim nieodmiennie przynosi nowe “kwiatki”, które szybko umykają z głowy, więc staram się je zapisywać i podzielić się z Wami.  Urocza jest jego polska mowa, naprawdę :)))))

Pan i Władca

Skoro od tego sam zaczął, to z okazji zbliżającego posiłku ćwiczymy zdanie w stylu “chciałbym czegoś się napić” i “chciałbym coś zjeść”. Swoją drogą jak wytłumaczyć mojemu mężowi, że w dwóch, pozornie prawie takich samych zdaniach na angielskie “something” mówi się albo “coś” albo “czegoś”? :> Brian mówi, że to totalnie bez sensu, a ja chyba przyznaję mu rację! W każdym razie konwersujemy sobie mniej więcej tak:

B: Chciałbym czegoś się napić!

K: Czego?

B: Woda, proszę! I chciałbym coś zjeść!

K: A co chciałbyś zjeść?

B. Call me “pan”! They always ask me: “Co chciałby PAN zjeść?” on this CD. (tłum. Nazywaj mnie pan! Oni mnie zawsze pytają na tej płycie “Co chciałby PAN zjeść”?)

Tak, Panie! :DDDDDDD


Remedium na ból

Każdy dobrze wie, co najbardziej pomaga, jak człowieka coś boli. Jak ktoś potrzyma za rękę, przytuli, a najlepiej zrobi “oj oj oj” na zbolałe miejsce 🙂 Wiedziałam od zawsze, że takie ojojanie pomaga, ale jak znalazłam ten obrazek w internecie to bardzo mnie rozbawił :)))))))

Mój mąż był zaciekawiony, z czego się śmieję, więc wyjaśniłam, pokazałam obrazek i zademonstrowałam jak to działa. Od tej pory nazwa tej czynności czyli “ojojanie” weszła na stałe do naszego słownika, nawet jak rozmawiamy wyłącznie po angielsku 😀 Mówię czasem do męża “I have stomachache, I need some ojojanie” (tłum. boli mnie brzuch, potrzebuję trochę ojojania). Parę dni przed przyjazdem naszego gościa – Ani, mój mąż “ojojojał” moją bolącą po bieganiu nogę i zamyślił się.

B: Why in “ojojanie” is always “Ania” at the end, not just the name of a person who is in pain? (tłum. Dlaczego w słowie ojojanie zawsze jest Ania na końcu, a nie imię osoby, którą coś boli)

K: ???

B: Loook you say: OjojojoAnia! Why I can’t say OjojojoKasia, when your stomach is hurting? (patrz, przecież mówi się: OjojojoAnia! Dlaczego nie mogę powiedzieć OjojojoKasia, jeśli to Ciebie boli brzuch?)

Przez calutki czas, gdy używaliśmy tego słowa Brian był pewien, że jest to nie tylko nazwa czynności, tylko nazwa czynności połączona z imieniem Ania :)))))) Od tej pory, dla ułatwienia, owa czynność nazywa się u nas ojojojoBrian 😀


Do pięciu odlicz!

Siedzimy sobie z naszym gościem przy śniadaniu, na które Ania zaserwowała mojemu małżonkowi jajecznicę na bekonie, podbijając tym do reszty jego serce (ja serwuję zazwyczaj smoothie, z cholesterolem nie ma żartów!) i rozmawiamy sobie na jakiś temat. Nie pamiętam kompletnie o co chodziło, w każdym razie prawdopodobnie padło pytanie o liczbę (pytanie oczywiście zadane po angielsku)

Na co mój małżonek, po polsku odpowiada…

B: Chrząszcz!

A i K: ?????

B (patrząc na nas jak na nierozumne istoty, które nie domyślają się o co chodzi): Jeden-dwa-trzy-cztery-chrząszcz!

Nie wiem skąd mu się to wzięło, naprawdę. Ale mój mąż uważa, że oba wyrazy brzmią baaardzo podobnie 😀


Kwestie polskiego nazwiska

Rozmawiamy po raz tysięczny na temat psiaka, którego oboje bardzo chcemy, a który z różnych przyczyn wciąż nie może dołączyć do naszej małej rodzinki. Ostatnio na przeszkodzie stoi planowany od dawien dawna wyjazd do Europy – bardzo długi w moim przypadku a i Briana nie będzie w domu przez praktycznie trzy tygodnie. W pewnym momencie proponuję, że może w takim razie przywiozę ze sobą jakiegoś psiaka z Polski 😉 Jednak mój małżonek nie jest zachwycony tym pomysłem i natychmiast wysuwa kontrargumenty.

B: He will understand only Polish.. (tłum. I on będzie rozumiał tylko po polsku…)

K: He will understand whatever language you teach him. He is going to be a small puppy! (tłum. On będzie rozumiał jakikolwiek język jakiego go nauczysz. On będzie małym szczeniakiem).

B: And we won’t be able to call him Leo.. (tłum. I nie będziemy mogli go nazwać Leo..)

K: ?????? (Imię mamy wybrane od dawien dawna, więc myślę sobie, o co jemu chodzi?!)

B: He will Polish, so he won’t be Leo. He will be… Leo-wski! (tłum. On będzie Polakiem, więc nie będzie miał na imię Leo. Będzie… Leo-wski!)

😀

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz