ŚLUB I WESELE: ZABAWNE WPADKI W NASZYM WIELKIM DNIU

2996 Wyświetleń 22 komentarze

Dzisiaj, dokładnie pół roku od naszego ślubu (ale ten czas leci!), mam dla Was luźny i zabawny post 🙂 Gdy opublikowałam nasz filmik z tego pięknego dnia (tutaj) oraz zdjęcia w poprzednich postach z tej kategorii, spotkałam się, że w wieloma mega miłymi komentarzami, że mieliśmy ślub i wesele jak z bajki, było przepięknie i IDEALNIE! Otóż, moi drodzy, choć był to dla nas istotnie najpiękniejszy dzień w życiu i nie zmienilibyśmy w nim ani jednego szczegółu, to muszę Wam powiedzieć, że… wcale tak idealnie nie było 😉 Nie zdarzyło się wprawdzie nic poważnego co mogłoby zrujnować Nasz Dzień i wbrew moim obawom nie wyrżnęłam się jak długa podczas Marszu Mendelssona, ale i tak zaliczyliśmy kilka niezłych wpadek i zabawnych sytuacji!

Macie ochotę przeczytać na ich temat? Zapraszam do czytania!

image20

Przygotowania z nutką emocji

Większość panien młodych przed momentem swojego ślubu ma zaliczony próbny makijaż i fryzurę u osób, które będą je „upiększały” w tym ważnym dniu. Ja z racji tego, że ślub mieliśmy na wyjeździe (czytaj tutaj) oraz mieliśmy dokładnie 90 dni na jego zorganizowanie (czytaj tutaj) takiej możliwości nie miałam 😉 Ryzyk-fizyk, ale nie spodziewałam się jakichś wielkich przebojów z tego tytułu – w końcu chciałam tylko naturalnie wyglądające fale, bez żadnych upięć/koków i innych misternych konstrukcji na głowie, więc wydawało mi się, że tego nie można za bardzo schrzanić. A jednak 😉 Oszczędzę Wam szczegółów, ale avanti jaka nastąpiła na kilka godzin przed ceremonią była, jak podejrzewam, słyszana w całym Destin. I tak, to ja byłam BrideDzillą, która wykrzyczała fryzjerkom, że właśnie rujnują najważniejszy dzień w jej życiu (nerwy przedślubne, rozumiecie;P). Koniec końców, babki jednak stanęły na wysokości zadania i zarówno z fryzury jak i makijażu byłam zadowolona. Ale co na każdym zdjęciu z przygotowań mam kieliszek różowego wina na uspokojenie w dłoni, to moje 😉

_dsc4320

Coś nowego, coś pożyczonego, coś niebieskiego?

Stare porzekadło mówi o obowiązkowych elementach stroju panny młodej mającej zapewnić wieczne szczęście i pomyślność, czyli o czymś nowym, czymś pożyczonym i czymś niebieskim. I choć generalnie nie wierzę w żadne przesądy i zabobony, to w tym wypadku postanowiłam iść z duchem tradycji. Nowa była, rzecz jasna, sukienka, o pożyczone elementy zadbały moja mama i teściowa oferując mi swoją biżuterię, a co do motywu niebieskiego – oczywiście dostałam piękną błękitną podwiązkę, która schowana pod sukienką na czas ceremonii i przyjęcia, miała zostać ściągnięta dopiero przez świeżo poślubionego małżonka w noc poślubną 😉 Taki był właśnie plan, jednak pokój panny młodej, w którym z założenia miałam być tylko z najbliższymi kobietami zamienił się jednak w niezły ul w momencie, gdy ubierałam białą sukienkę. Większość kobiet przybyła by mnie obejrzeć, fotograf ze swoją świtą kręcił się wokół cykając zdjęcia, menedżerka ustalała ostatnie detale z druhną – słowem, zrobiło się takie zamieszanie, że o podwiązce zapomniałyśmy zupełnie. Znaleźliśmy ją dopiero po weselu, zapomnianą o samotnie ciśnięta w kąt. Lepiej późno niż wcale pomyślałam i podwiązkę założyłam dopiero po skończonym weselu, przy „zaskoczonym” spojrzeniu męża 😀

6-18-16-172

Jak to leciało?

Każdy nie raz na ślubie był i zdaję sobie sprawę, że emocje w momencie składania przysięgi są takie wielkie, że czasami człowiek zapomina języka w gębie, nawet mówiąc w swoim ojczystym języku. Dlatego ludzie powtarzają sobie wcześniej te słowa, czytają po kilkanaście razy by w kluczowym momencie nie dać plamy. Ja, ponieważ składać przysięgę miałam w języku, jakby nie było, obcym, obiecałam sobie że zrobię to samo – przeczytam kilkanaście razy, żeby łatwo było mi powtórzyć podczas ceremonii. Wiecie, kiedy przypomniało mi się, że tego nie zrobiłam? Dokładnie w momencie, gdy pod rękę szłam z moim tatą w kierunku, pięknie przyozdobionej altany na plaży, w której mieliśmy zostać poślubieni. Słońce praży, Andrea Bocelli rozbrzmiewa z głośników w najpiękniejszej swojej pieśni, wszyscy goście oraz oczekujący maż patrzą na mnie, a ja w głowie gorączkowo staram się przypomnieć sobie słowa przysięgi 😀 I rzecz jasna, w tamtym nie mogłam sobie przypomnieć ani słowa!

6-18-16-218

Ahhhh, te emocje!

Głównym argumentem mojego męża przeciwko ślubowi na plaży było to, że będzie za gorąco. Przekonałam go, że bryza od oceanu nas ochłodzi, a o godzinie 18 słonce nie będzie paliło tak jak np. w południe. Oprócz tego oboje wybraliśmy możliwie najbardziej przewiewne stroje (opowiem o nich w kolejnym poście z tego cyklu) – ja pozbyłam się wszystkich zbędnych warstw sukienki, a mój mąż zdecydował się na lniany garnitur i koszulę oraz zrezygnował z kamizelki. Choć jednak dni poprzedzające ślub były dość wietrzne i burzowe to pięć minut przed ceremonią słoneczko naprawdę grzało mocno. Mnie i mojego misternego makijażu to zupełnie nie ruszyło – mimo, że stałam twarzą wprost do słońca – za to Brian… 😉 Najpierw zrobił się, biedak, czerwony na twarzy – wytłumaczyłam to sobie emocjami w tej ważnej chwili. Po chwili pierwsze krople potu pojawiły się na czole – pomyślałam sobie, a nuż zaczął się wahać? 😀 W trakcie zaślubin zamiast skupić się na słowach pastora o małżeństwie, ja wpatrywałam się w purpurową twarz przyszłego małżonka, kolejne krople na jego czole i oczami próbowałam mu dać znać, że chusteczka mogłaby w tej sytuacji pomóc 😉 On oczami „powiedział”, że takowej nie posiada – bo w butonierce zamiast chustki tkwił przecież kwiatek! Na szczęście odsiecz przyszła z zewnątrz – moi rodzice zauważyli, że Pan młody topnieje i dyskretnie przekazali mu chusteczkę 😉 A mój własny ślub był pierwszą ceremonią ever, na której nie uroniłam ani łzy – bo jak tu okazać wzruszenie gdy przede mną ukochany w purpurowych barwach na twarzy usilnie stara się nie rozpłynąć? 😀

6-18-16-227

Uparty piasek

Jest tutaj taki fajny zwyczaj ślubny, która bardzo mi się spodobał – symbolizuję połączenie dwojga ludzi w małżeństwie. Wewnątrz wykonuje się go zazwyczaj przy pomocy dwóch świec, które łączą się płomieniami. Ponieważ na plaży, przy nadmorskim wietrze, zabawa świecami mogłaby być nieco ryzykowna to wymyślono zastępczo tzw. ceremonię piasku. Pan i panna młoda trzymając każde po jednym naczyniu z piaskiem, sypią go do jednego większego naczynia – łącząc go w całość. Piasek może być oczywiście w dowolnych kolorach. My wymyśliliśmy sobie, że fajnie będzie gdy jeden rodzaj piasku będzie w kolorze przewodnim naszego wesela – brzoskwiniowym (tak, można kupić piasek w każdym kolorze tęczy) a drugi będzie po prostu naturalnym piaskiem z plaży, na której miał odbyć się ślub. Plan genialny, tylko ktokolwiek nasypał naturalnego piasku do buteleczki, szykując wszystko do ceremonii nie pomyślał, że naturalny piasek może okazać się… nieco mokry 😉 Tak więc ceremonia w trakcie, obrączki założone, duchowny wręcza nam po naczyniu z piaskiem – Brianowi przypadł w udziale piasek brzoskwiniowy, mnie naturalny. Zaczęliśmy sypać i… mężowy piasek sypał się ciurkiem a mój po wypuszczeniu paru ziarenek – zatkał się w butelce 😀 Zwyczajnie był zbyt mokry by chcieć współpracować w ceremonii! Myślałam, że goście w przejęciu tego nie zauważą – ale potem powiedzieli mi, że to był najlepszy punkt programu, gdy rozpaczliwym ruchami starałam się przesypać nieco piasku do wspólnego naczynia 😀

6-18-16-504

Taniec w bańkach mydlanych

Pomysł oczywiście nie mój autorski, ale podpatrzyłam gdzieś w internetach i się zainspirowałam. Para Młoda tańczy pierwszy taniec, a goście stojący wokoło pykają bańki mydlane tworząc bajkową atmosferę i ciekawe tło zdjęć. Taki był zamysł. W naszym przypadku chodziło jeszcze o to, by odwrócić uwagę gości 😉 Nasze umiejętności tańca w parach są zdecydowanie bardziej niż skromne, na kurs nie było czasu (zresztą wyobrażam sobie minę mojego męża, gdybym zaproponowała mu taki pomysł!), więc myślałam, że jak goście zajmą się bańkami, to nikt nie zwróci uwagi na nasze popisowe dwa-na-jeden 😉 Pomysł zaakceptowany a ja wynalazłam nawet w czeluściach Internetu takie świetne pojemniczki na bańki mydlane w kształcie szampana. Nie przewidziałam tylko jednego! Że wesele mało, że na wolnym powietrzu, tuż na oceanem to jeszcze w namiocie zainstalowane były wiatraki 😉 Zaczęliśmy więc tańczyć (nawiasem mówiąc nie przećwiczyliśmy tańca ani razu!), goście zaczęli puszczać bańki, a raczej… próbowali bo bańki zgodnie z prawami fizyki, zostały skutecznie rozwiane przez nadmorski wiatr i wiatraki zanim jeszcze zdążyły poudawać bajkową otoczkę. Goście dzielnie próbowali, ja zerkałam tylko zza ramienia męża na te ich próby, a wizja bajkowej otoczki uciekała z mojej głowy szybciej niż te kilka baniek mydlanych z pola widzedzenia 😀 A miało być tak pięknie… :))))))

Napisałam ten post dlatego by pokazać, że nawet w pozornie „idealnym” ślubie i weselu zawsze zdarzają się małe wpadki. Można planować ceremonię i dwa lata a i tak nie da się wszystkiego przewidzieć i dokładnie zaplanować. Wiele rzeczy może spłatać figla czy pójść niezgodnie z planem. Ważne, by podejść do tego z humorem i nie pozwolić takim detalom zrujnować tego najpiękniejszego dnia w życiu 🙂

Zapisz

22 Komentarzy
  • karina 18 grudnia 2016, 17:54 Odpowiedz

    Śmiałam się w głos czytając te notkę – mogłabyś pisać książki 😀

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:21

      Może kiedyś ;))))))

  • Paulina 18 grudnia 2016, 22:53 Odpowiedz

    haha uwielbiam te behind the scenes! Kasiu, twoje posty zawsze maja tyle poczucia humoru ze moglabym je czytac caly dzien! Super!

    Pozdrawiam z Kalifornii! Kiedy przyjezdzacie?!

    Paulina
    http://www.shenska.com

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:08

      Nawet nie wiesz jak mi miło czytając tak miłe słowa <3
      Przyjeżdżamy w połowie maja do Kalifornii! Koniecznie musimy się spotkać 🙂

  • Magpie 19 grudnia 2016, 10:59 Odpowiedz

    Mój ślub był organizowany przez rok. Nasi rodzice byli na miejscu, my trochę dalej. Wesele było idealne! Cudownie się bawilam! 🙂 z tymi wpadkami oczywiście 😉
    Mój mąż powiedział, że mnie nie DOPUŚCI aż do śmierci 😉 suknie ślubną (szytą na miarę przez sprawdzoną krawcową) pierwszy raz, już gotowa założyłam w momencie odbioru czyli w piątek o 20:00 (a w sobotę ślub:p). Ale krawcowa sprawdzona wiec suknia była jak z moich marzeń 😉
    Makijaż. Umówiłam się tylko dlatego, że nie wiedziałam czy się zestresuje. Nie było stresu, tylko adrenalina. Mogłam umalowac się sama bo dziewczyna zrobiła to dość nie umiejętnie. Ale za to sama umalowałam świadkową i mamę 😉
    Wszystkie drobne niedociągnięcia są również miłym wspomnieniem 🙂

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:15

      Niezłe wpadki, ale oczywiście to są tylko takie drobiazgi, które po latach wspomina się z uśmiechem na twarzy 🙂

  • Aneta 20 grudnia 2016, 14:01 Odpowiedz

    Świetny post, bardzo mi się podoba 🙂

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:13

      Bardzo mnie to cieszy 🙂

  • kama 20 grudnia 2016, 18:25 Odpowiedz

    Dawno sie tak nie uśmiałam 🙂 Kasiu, cały czas czekam na post o strojach i dekoracjach!

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:14

      Post o strojach i dekoracjach będzie następny 🙂

  • Paulina G Lifestyle 21 grudnia 2016, 18:11 Odpowiedz

    Czytałam z wielkim uśmiechem na twarzy ;D Jak widać nie da się zaplanować wszystkiego i może to i lepiej. Właśnie pokazałaś, że takie sytuacje dodają tylko naturalności, życiowego piękna z całymi niespodziankami i niepewnością, która może pozostać zabawnym wspomnieniem 😉

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:16

      Dokładnie tak 🙂 Nie ma co się stresować takimi pierdółkami i psuć sobie tego pięknego dnia. Nie musi być perfekcyjne, by było cudownie 🙂

  • Ada 22 grudnia 2016, 14:53 Odpowiedz

    Haha, chyba każdy ma jakieś ciekawe historie 😉 U nas największa wpadka dotyczyła alkoholu. Robiliśmy nieduże wesele, a w zasadzie obiad z kolacją. Od dwóch par gości przy zapraszaniu dostaliśmy dość wypaśne flaszki whisky – na wesele, żeby nas odciążyć nieco od zakupu alkoholu. Oprócz tego było trochę wina, piwa i wódki i dokupiliśmy jeszcze jedną whisky (żeby były trzy – nie za dużo, nie za mało, trzy butelki dobrze się komponują). Tylko zapomnieliśmy zabrać ze sobą tych dwóch sprezentowanych i na stole z alkoholem stała taka jedna, biedna flaszka… Na szczęście nikt nie komentował, więc nie wiem czy ktokolwiek poza mną nawet to zauważył :p

    Druga wpadka to do ślubu wiózł nas znajomy terenówką rodziców. Zabraliśmy kilka butelek wódki na ewentualne bramy – pomyśleliśmy o tym w ostatniej chwili, więc wódka szła z tej przeznaczonej na imprezę. Bram na szczęście żadnych nie było, ale zapomnieliśmy jej zabrać z samochodu, który został odebrany spod sali w trakcie imprezy przez rodziców kumpla… Później nam ją odwieźli, żeby nam się zapasy nie skończyły 😉 A mi było strasznie głupio, że musieliśmy ich fatygować.

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:19

      Samotna flaszka wygrała 😀 A co do bramek, to na szczęście my mieliśmy ślub zaraz przy „sali” weselnej, więc o bramkach nie było mowy (zresztą nie wiem czy tutaj jest taki zwyczaj, pewnie nie?)

  • Ingrid 26 grudnia 2016, 10:02 Odpowiedz

    Kto w USA pokrywa koszty wesela ? 🙂 oraz czy Twoja polska rodzina nie czuła się pominięta ?My zorganizowaliśmy dwa wesela na dwóch kontynentach i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie żeby było inaczej 🙂

    • kashienka 5 stycznia 2017, 19:21

      Obecnie najczęściej młoda para (prawie nikt nie bierze ślubu w bardzo młodym wieku), ale wg tradycji kiedyś całość pokrywał ojciec panny młodej 🙂
      Nie, moja polska rodzina nie czuła się pominięta, ponieważ od razu było wiadomo, że tak będzie to wyglądać – nikt nie był zaskoczony. A nasze drugie wesele już w czerwcu w Polsce 🙂

  • Ingrid 7 stycznia 2017, 17:35 Odpowiedz

    To budżet twojego męża musiał sporo ucierpieć na tym wydarzeniu 🙂 zazwyczaj koszty dzieli się po połowie , między panną młodą i panem młodym 🙂 ale czego się nie robi dla miłości i tak pięknych wspomnień 🙂 ,,,

    • kashienka 7 stycznia 2017, 19:28

      Widzę, że kwestie finansowe w naszym małżeństwie interesują Cię najmocniej 🙂
      Swoją drogą, czy Ty masz jakieś rozdwojenie jaźni? Sabrina, Ingrid, Jolka czy może.. Ania?

  • ISJA 7 stycznia 2017, 20:15 Odpowiedz

    Chciałabym żebyś była po prostu szczera w swoich postach. I nie ukrywała tego, że wiele rzeczy zawdzięczasz swojemu mężowi, ale być może wstydzisz się tego i dlatego to ukrywasz.
    Pozdrawiam

    • kashienka 20 stycznia 2017, 01:29

      Nie ukrywam i nie wstydzę się tego, bo nie mam takiego powodu. Nie wiem, czy wyobrażasz sobie, że powinnam wobec tego wspominać w każdym poście, jakiego mam wspaniałego męża? Wolę mu powiedzieć o tym w cztery oczy 🙂

  • ISJA 7 stycznia 2017, 20:24 Odpowiedz

    Dodam jeszcze, że to nie jest tak, że widzę tylko jedną rzecz i czepiam się kwestii finansowych ( ok, może pieniądze nie są w życiu najwazniejsze i nic mi do tego )już pomijając to, jako twoja wierna czytelniczka, chciałabym żeby posty były bardziej zbliżone do tych z początku bloga, jeśli to możliwe 🙂 🙂 czyli nie tylko o motywacji, o planach, wycieczkach ale trochę tego prawdziwego życia w Atlancie 🙂
    będę zaglądać . pozdrawiam jeszcze raz i nie miej za złe mojej opinii 🙂 ile czytelników tyle zdań !
    pozdrawiam

    • kashienka 20 stycznia 2017, 02:12

      Ale ja od początku pisałam o wycieczkach, bo takie było główne założenie tego bloga! 🙂 Staram się dodawać zróżnicowane posty na różne tematy, choć z pewnością sama forma postów się nieco zmienia i ewoluuje. Na pewno nie zamierzam przestać pisać o codziennym życiu w Atlancie, ale siłą rzeczy tych postów jest teraz mniej bo mieszkając tu jakiś czas – coraz mniej rzeczy mnie dziwi i zaskakuje, jak było na początku. Ale dziękuję za Twoją opinię!

Skomentuj

Przepis wynik *