OKIEM AMERYKANINA

OKIEM AMERYKANINA: CO BRIANA ZASKOCZYŁO W EUROPIE? vol.1

Współautorem dzisiejszego wpisu jest pan B., który stał się inspiracją do spojrzenia na podróżowanie z perspektywy innej, niż moja własna. Tym razem to nie ja patrzę na amerykańską rzeczywistość oczami Europejki, tylko Amerykanin odkrywa Stary Kontynent. Może będzie to początek nowego, ciekawego cyklu na blogu? 🙂 Dziś o tym, co zaskoczyło Briana najmocniej, czyli słynna polska gościnność. Zapraszam Was serdecznie do czytania!

NASZA PIERWSZA WSPÓLNA WYCIECZKA DO EUROPY

Jak pewnie wszyscy już wiecie, mój ukochany w grudniu wybrał się ze mną na dwa tygodnie za ocean, by spędzić święta z moją rodziną. Ponieważ była to jego pierwsza w życiu wizyta w Europie, postanowiliśmy, że odwiedzimy nie tylko Polskę i moją malutką rodzinną miejscowość, ale także zrobimy sobie nasz pierwszy niewielki euro-trip.

Żeby przygotować plan wycieczki musieliśmy pokonać pewne trudności logistyczne. Wynikały one z ograniczonego urlopu, mojego umówionego spotkania w ambasadzie oraz świąt wypadających dokładnie w połowie wyjazdu. Po małych debatach zdecydowaliśmy się by w Polsce odwiedzić Warszawę, Poznań i no i mój rodzinny Pleszew. Przed świętami postanowiliśmy skoczyć na weekend do Berlina na tradycyjny jarmark świąteczny. Natomiast po świętach polecieć na pięć dni do Paryża, na magicznego sylwestra pod wieżą Eiffla, i stamtąd wrócić do Atlanty.

POLSKA VS AMERYKAŃSKA GOŚCINNOŚĆ

Na początku muszę powiedzieć Wam, że polskie pojęcie gościnności zdecydowanie różni się od amerykańskiego. Nie chcę przez to absolutnie powiedzieć, że Amerykanie gościnni nie są! Są, oczywiście, ale w mniej wylewny sposób 🙂 Przykładowo, gdy idziesz do kogoś z wizytą i w pewnym momencie stwierdzasz, że czas do domu, nikt Cię nie będzie zatrzymywał tylko wstanie zaraz z krzesła, żeby odprowadzić Cię do wyjścia. W Polsce gość jest w większości przypadków nakłaniany by jeszcze posiedział. Zresztą zgodnie z savoir-vivrem obowiązującym w wielu polskich domach, gospodarz nie powinien wstawać od stołu jako pierwszy, to gość powinien dać znak, że posiłek dobiegł końca. Tutaj gospodarz spokojnie może dać znać, że kończymy posiadówę. I nie jest oczywiście to brak taktu, a zwykłe różnice kulturowe.

Podobnie ma się rzecz z manierą imprez na stojąco – tutaj normalna rzecz, a w Polsce zaraz wszyscy nakłaniają gości, żeby usiedli… Gdy idzie się w Stanach w odwiedziny np. na kolację do kogoś, często podane jest jedno danie główne i ewentualnie jakieś przystawki. Nad Wisłą, nie licząc sytuacji nieformalnych, gdzie po prostu wpadło się do kogoś posiedzieć przy pizzy, gospodyni zwykle podaje kilka opcji jedzenia do wyboru. Tutaj co najwyżej zapytają Cię Mam nadzieję, że lubisz lasagne?” 😉 W Polsce jak wpadasz do kogoś na krótką chwilę, już w progu jesteś pytany/a “Czego się napijesz?” i zachęcany/a by usiąść na trochę. Tutaj w większości przypadków jak wpadasz na chwilę, bez zapowiedzi, to na kawę nie ma szans, a parominutowa rozmowa odbędzie się w przedpokoju na stojąco.

Oczywiście, ja po prawie roku w Stanach, byłam świadoma tych różnic. Mogłam więc z powodzeniem przewidzieć jak bardzo wszyscy w Polsce będą chcieli pokazać swoją gościnność obcokrajowcowi. Zanim wyjechaliśmy w naszą pierwszą podróż do Europy starałam się opowiedzieć nieco mojemu chłopakowi o zwyczajach panujących w Polsce, żeby nie czuł się tak bardzo zaskoczony podczas tej wizyty 😉 Raz nawet pokazałam mu znalezione w Internecie 10 zasad odwiedzin w polskim domu. Jedna z nich brzmiała: we will stuff you with food like a duck” (ang. nafaszerujemy Cię jedzeniem jak kaczkę). Zaśmiał się, ale ewidentnie nie uwierzył. Przekona się na miejscu – pomyślałam sobie i faktycznie tak było.

“CZY ONI TAK ZAWSZE..?”

Pierwszy przykład takiej gościnności wobec obcokrajowców doświadczyliśmy już się w hotelu w Warszawie. Brian zarezerwował hotel na swoje nazwisko, które nijak polskie nie jest, więc automatycznie dostaliśmy pokój na najwyższym piętrze z najpiękniejszym widokiem na stolicę. Następnie prezencik do pokoju – trzy miniaturowe buteleczki alkoholi, z najlepszymi życzeniami udanego pobytu. B. był zdziwiony takim specjalnym traktowaniem, spytał mi się czy tutaj tak zawsze 😉 Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że gdyby pokój był rezerwowany na moje nazwisko, zapewne nikt nie rwał by się tak mocno do zaproponowania mi najlepszych widoków ani przynoszenia małych souvenirów. Wydaje mi się, że goście zagraniczni są zwykle traktowani w Polsce szczególnie dobrze. I choć takie zachowanie wcale nie wynika z osobistych pobudek pracowników, a po prostu polityki hotelu, to na pewno pozwala obcokrajowcom poczuć się “wyjątkowo” 🙂

“CZYM CHATA BOGATA…”

Po krótkim pobycie w stolicy nadszedł czas na odwiedziny w moim rodzinnym domu. Z Warszawy późnym wieczorem odebrali nas moi rodzice. Gdy po trzech i pół godzinach drogi, moja mama zaproponowała nam małą kolacyjkę, ochoczo się zgodziliśmy. Było koło pierwszej w nocy, ale my mieliśmy sześciogodzinną różnicę czasową, więc nasze żołądki, przyzwyczajone do kolacji koło 19 grały już marsza. Mama poleciła nam się odświeżyć i poszła szykować kolację. Powiem szczerze, że spodziewałam się jakichś kanapek czy czegoś takiego, a tu w 15 minut moja rodzicielka wyczarowała… cały stół przepysznego żarełka 😀 Musielibyście widzieć minę Briana, który był tak zaskoczony wystawnością kolacyjki, że zapytał mi się na ucho, czy to Święto Dziękczynienia, czy co, bo przecież tyle żarcia? Odparłam tylko: “Witaj w Polsce” 🙂

Od tamtej pory jedliśmy co jakieś 15 minut, a przynajmniej tak wynika z relacji Briana, gdy opowiada znajomym o pobycie w Polsce.  Myślę, że gościnności doświadczyłby również o każdej innej porze roku, ale fakt przyjazdu tuż przed świętami, gdy cały dom pachniał pysznościami, a lodówka pękała w szwach, sprawiał, że stoły dosłownie się uginały. Gdy przy trzecim czy czwartym posiłku, na który zaserwowano nam pełną różnorodność potraw, w dodatku innych, niż dzień wcześniej, Brian zapytał, czy my to wszystko w takich hurtowych ilościach skądś zamawiamy? Nie chciał początkowo uwierzyć, że wszystko jest robione w domu! Potem zaczął podejrzewać, że moja mama posiada jakieś magiczne moce i nie śpi w nocy, tylko czaruje kolejne dania 😉

“NIE SMAKUJE CI…?”

Jednakże Polacy nie tylko serwują  pyszności swoim gościom, ale mają też skłonność.. by namawiać ich do jedzenia. Mnie takie nakłanianie to nieco irytuje – zwłaszcza gdy naprawdę nie jestem głodna, więc wszelkie namowy ignoruję. Natomiast Brian był nieco zaskoczony, że ktoś mu proponuje dokładki (w Stanach to rzadkość) a ponieważ jeść lubi to skwapliwie z tych propozycji korzystał 😀 Jednak po którymś z rzędu “a próbowałeś tego?” / “dlaczego tak mało jesz?” / “nie smakuje Ci?” poczynił pewne postępy w swojej nauce języka polskiego. Po pierwszym dniu w moim domu opanował zwrot “nie dziękuję, jestem najedzony” i używał go częściej niż “miło Cię poznać” 😀

Żeby nie było, że tylko w mojej rodzinie tak częstujemy! W przeddzień wigilii odwiedziliśmy kilka zaprzyjaźnionych domów, bez zapowiedzi, na 5 minut żeby się przywitać. W każdym miejscu zostaliśmy poczęstowani czymś pysznym! Wystarczyła chwila, a byliśmy już objedzeni, a tu jeszcze mama po powrocie zaserwowała kolację 😉  

Ponieważ Brianowi wszystko smakowało, nie był szczególnie asertywny w odmawianiu jedzenia. I wtedy doświadczył skutków nadmiernej konsumpcji świątecznych przysmaków! Po kilku dniach z tysiącami kalorii spożywanych w ciągu dnia, w drugi dzień świąt, po prostu odpadł z gry. Usiadł na fotelu, trzymając się ze za brzuch i powiedział, że on już nie da rady. Jako, że jego brzuch po polskich świętach zaokrąglił się do słusznych rozmiarów, chcąc zażartować spytałam, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka. “Bigos.. odparł mój chłopak z boleścią w głosie. Wtedy wrednie przypomniałam mu to zdanie o kaczce, w które nie chciał wierzyć 😉

“ZIUBRA PROSZE. I ODZIEKÓWKĘ!”

Tak było za dnia, a nocą obieraliśmy kierunek jednego z dwóch pubów w mojej rodzinnej miejscowości. I tak jak zazwyczaj moja zabawa zawężała się do własnego grona bliższych i dalszych kolegów, to wtedy, gdy byłam z Brianem miałam wrażenie, że “poznałam” więcej ludzi niż przez kilkanaście lat mieszkania w moim miasteczku. Gdy ludzie słyszeli mojego ukochanego zamawiającego ziubra przy barze, oczywiście zaraz zauważali, że jest obcokrajowcem. Natychmiast też odczuwali przemożną potrzebę by zamienić z nim kilka słów po angielsku, a także… napić się 🙂 –“Czy próbowałeś kiedyś orzechówki?” -“A co to?” – “No wódka z orzechów!” -“To można zrobić wódkę z orzechów?” -“Wódkę można zrobić ze wszystkiego, ale najpierw chodź spróbować tej z orzechów” 😉

Tak więc częstowali go i zawzięcie dyskutowali na różne tematy, a z każdym kolejnym kieliszkiem rozmowy bardziej się kleiły. Brian wprost nie mógł się oprzeć się takiej gościnności, więc chętnie korzystał. A za chwilę z kolei udać się do baru by postawić następną kolejkę. Późną nocą zauważyłam, że jego poziom % jest bliski przekroczenia tego po całej nocy zabawy w Las Vegas, więc zarządziłam powrót do domu. Wtedy mój ukochany zaczął bardzo wylewnie żegnać się z połową pubu, w tym z mnóstwem ludzi, których kompletnie nie znałam.. 😉

*

Uff, jak zwykle wyszła mi dłuższa notka, niż planowałam.. 😉 Mam nadzieję, że nie zasnęliście w połowie i dotrwaliście do samego końca! To tyle jeśli chodzi o pierwsze zaskoczenie, jakie spotkało Amerykanina w Europie. Brian do tej pory wspomina te święta w Polsce i serdeczne przyjęcie w zupełnie obcym miejscu. No i teraz doskonale wie, co to znaczy polska gościnność w pełnym tego słowa znaczeniu. I już zupełnie nie śmieszy go dowcip o faszerowanej kaczce… 😉

A wy mieliście kiedyś jakieś zabawne sytuacje dotyczące gościnności podczas pobytu za granicą? A może mieliście okazje gościć obcokrajowca w swoim polskim domu? 🙂 Koniecznie dajcie znać w komentarzach!