ZA KÓŁKIEM W AMERYCE

2314 Wyświetleń 20 komentarzy

Pisałam już wcześniej o moich przedwyjazdowych obawach (czytaj tutaj) i o ich konformacji z rzeczywistością. Ostatnio doszłam do wniosku, że to czego się mocno obawiamy czasem idzie jak z płatka. Natomiast schody pojawiają się niekiedy w kwestiach, których się zupełnie nie spodziewamy. U mnie tak było z jeżdżeniem samochodem. Choć nie doświadczyłam ogromnych problemów, to nie wszystko poszło zupełnie gładko. Dziś, po roku, opowiem Wam trochę o moich przygodach za kółkiem w Ameryce.

PIERWSZY SZOK

Kłopotów z jeżdżeniem nie oczekiwałam żadnych. Prawko w kieszeni miałam od prawie ośmiu lat i chociaż nie miałam swojego samochodu to parę kilometrów w życiu udało mi się nakręcić. No więc skoro nad Wisłą szło dobrze, to przecież jeżdżenie za oceanem aż tak bardzo się różnić nie może? O ja naiwna! :)))

Pierwszy lekki szok przeżyłam w Nowym Jorku, na Manhattanie. W jednej chwili przestało mnie dziwić, dlaczego ludzie tam jeżdżą najczęściej metrem. Jazda samochodem to wielka walka o przetrwanie, nieustanny dźwięk klaksonów, korki-korki-korki i slalom pomiędzy innymi pojazdami. Kto pierwszy ten lepszy a silniejszy, jak wiadomo, może więcej. Od tej pory uważam, że każdy kto wybiera się zwiedzać Nowy Jork samochodem powinien jednocześnie dostać Nobla za odwagę i jednocześnie medal za głupotę 😉 Drugi szok dopadł mnie w Atlancie, w drodze z lotniska. Pamiętam doskonale, że oprócz podziwiania pięknych wieżowców i prowadzenia w miarę spójnej rozmowy po angielsku, cały czas, z lekkim przerażeniem, zerkałam na drogę. NYC to nie był, ale te autostrady z pięcioma lub sześcioma pasami w centrum miasta podziałały na mnie trochę jak zimny prysznic. Zrozumiałam, że nie będzie łatwo 😉

TRUDNE POCZĄTKI

Początkowo przemieszczałam się głównie najbliższych osiedlach i sąsiedniej dzielnicy (moja praca nie wymaga zwykle dalszego jeżdżenia). Tutaj jazda nie stanowiła większego problemu. Czasem jednak miałam ochotę wyskoczyć gdzieś dalej. Za każdym razem razem używałam GPSa i niemal za każdym razem się gubiłam 😉 Gdy nawigacja mówiła: za 200 stóp skręć w prawo, to skręcałam często w najbliższe prawo jakie było (nie mając orientacji w stopach) albo też „w to drugie prawo”, czyli lewo (jestem niestety w grupie 70% kobiet, które mają z tym problem). Jak zaś jechałam na azymut, to wychodziło jeszcze gorzej, bo w dziedzinie orientacji w terenie jestem tak dobra, jak w rysunku przestrzennym (czyli wcale). Dochodziło do tego, że musiałam wyjeżdżać w domu 20 min wcześniej, bo tyle zajmowało mi jeżdżenie w kółko by znaleźć miejsce docelowe.

Nie mogłam się początkowo przekonać do jazdy w prawo na czerwonym, żółtych i białych linii na drodze i do szału doprowadzała mnie spora część kierowców nie używających kierunkowskazów. Dłuższą chwilę zajęło mi pierwsze wyjechanie na autostradę. Wcześniej starałam się dojechać inną możliwą drogą, byle tylko uniknąć tego największego zła 😉 Wszystkie autostrady są tutaj oznaczone numerami plus kierunkami, numeryczne są także zjazdy z autostrad. Pamiętam do tej pory cierpliwe tłumaczenie drogi przez Briana. Chłopak chciał być pomocny i zawsze tłumaczył mi dokładnie jak mam dojechać w dane miejsce. „Pojedź 285 międzystanową na zachód, na 20 zjeździe zjedź na międzystanową 75 na południe i potem zjazdem nr….”. Dla niego była to bułka z masłem, a dla brzmiało to jak kompletna czarna magia.

OPANOWANIE STRESU

To wspomniane wcześniej, pięć albo i chwilami więcej pasów na autostradzie – sztuka polega na tym, by być na tym właściwym i pozostawać czujnym. Przegapienie jednej tablicy może sprawić, że nagle dwa pasy jadą w jednym kierunku (przechodzą w inną autostradę), dwa w drugim (przeciwnym), a dwa jadą po prostu dalej. Przesunięcie się z pasa najbardziej prawego, na najbardziej lewy przy sporym ruchu także trwa chwilę, także trzeba się orientować. No i zawsze wiedzieć, czy jedzie się na północ czy południe, ew. wschód czy zachód (przydatne przy wjazdach na autostrady).

Co kilometrów niepotrzebnych nakręciłam, co telefonów wykonałam, z pytaniem gdzie ja jestem tudzież będę później, bo szukam drogi, co się nastresowałam na początku to moje. Nie pamiętam zupełnie, kiedy nastąpił przełom, od kiedy jazda gdzieś dalej przestała był mnie utrapieniem, a stała się najnormalniejszą czynnością na świecie. Pamiętam natomiast moment, kiedy pojechałam do outletu, hen za miastem. Około godzinna droga prowadziła przez co najmniej trzy autostrady oraz „ulubione” skrzyżowanie w formie spaghetti. Gdy już dojechałam do celu, to naszła mnie refleksja, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej, za żadne skarby świata nie zdecydowałam się na taką wycieczkę sama. Raczej usilnie próbowałabym namówić kogoś na wyjazd ze mną albo wybrałabym miejsce bliższe domu. Ale wtedy nie zastanawiając się długo, po prostu wsiadłam w samochód i pojechałam na zakupy.

Nadal nie czuję się mistrzem kierownicy. Nadal zdarza mi się zjechać nie tym zjazdem, którym powinnam. Nadal nie wiem ile to 300 stóp. Ale mimo to wiem, że jestem w stanie dojechać, wszędzie tam, gdzie trzeba, a prowadzenie samochodu, nawet przy największym ruchu nie jest dla mnie żadnym stresem. I to uważam za swój mały sukces:) Kolejny lęk opanowany!

BLONDYNKA NA STACJI BENZYNOWEJ 😀

Zwijam się ze śmiechu, kiedy tylko sobie o tym przypomnę, więc opowiem też tutaj o moim pierwszym tankowaniu. W Polsce generalnie nie tankowałam samochodu. Raz, że swojego nie miałam, a dwa, że jak mi się kilka razy w życiu zdarzyło podjechać nieswoim autem na stację benzynową bez mężczyzny u boku, to zaraz ze stacji wyskakiwał ktoś z obsługi, oferując pomoc. Od kiedy pofarbowałam się na blond to biegli wręcz sprintem, żebym czegoś nie popsuła 😉 W USA bez samochodu jak bez ręki, jeździ się niestety wszędzie, więc i z tankowaniem trzeba było się „zaprzyjaźnić”.

Po tygodniu jeżdżenia po raz pierwszy zapaliła mi się kontrolka, że paliwo się kończy, więc zupełnie nieświadoma pojechałam na stację benzynową. Podjechałam do dystrybutora, wyszłam z auta no i czekam… 🙂 Gdy po minutach oczekiwania i dwukrotnym zarzuceniu blond włosów do tyłu, nie pojawił się nawet pies z kulawą nogą to zrozumiałam, że jestem zdana sama na siebie.

Zaczęłam od gorączkowego poszukiwania tego przycisku, który otwiera bak – po kilku minutach zlokalizowałam go pod siedzeniem. Płatność kartą szła mi gładko, do momentu gdy zapytano mnie o kod pocztowy! Nie znałam go jeszcze na pamięć, ale po kilku minutach znalazłam kartkę z pełnym adresem w schowku. Powtórzyłam transakcję, bo poprzednia zdążyła wygasnąć. Następne pytanie było o rodzaj benzyny. Wyciągnęłam torebkę, poszukałam telefonu, zadzwoniłam by upewnić się, że zwykła jest ok. W tym czasie, oczywiście, transakcja wygasła ponownie. Przeciągnęłam kartą od nowa, wpisałam kod, wybrałam rodzaj paliwa, sięgnęłam po dyspozytor… I w tym momencie uświadomiłam sobie, że brakuje mi… jakieś pół metra, by sięgnąć do wlewu… ;))) Jeśli ktoś oglądał tę sytuację z boku to musiał humor, miał zapewne poprawiony na resztę dnia.. ;)))

Zapisz

20 Komentarzy
  • Monika 22 marca 2015, 19:41 Odpowiedz

    Faktycznie przejazd tranzytem przez Atlantę to utrapienie! Pasów na autostradzie jest od groma i ruch bardzo szybki. Zawsze kiedy jedziemy na Florydę tak cyrklujemy aby przejazd przez Atlantę nie wypadał w godzinach szczytu:)

    Nie martw sie. Jesteś w Stanach dopiero rok, wszystko przychodzi z czasem. Staniesz sie tzw pro:) a na Manhattanie to faktycznie jeżdżą tylko lokalni mieszkańcy:) pozdrawiam monhann

    • kashienka 25 marca 2015, 17:55

      Ufff, dobrze, że nie tylko ja nie przepadam, za jeżdżeniem po Atlancie w godzinach szczytu :))) Pro kierowcy to chyba ze mnie nigdy nie będzie, ale faktycznie – praktyka czyni mistrza!
      Pozdrawiam serdecznie :*

  • Anonimowy 23 marca 2015, 05:26 Odpowiedz

    Na dwoch pasach sie stresuje, a co dopiero by bylo na pieciu. W zyciu bym tam nie pojechala autem!

    • kashienka 25 marca 2015, 17:56

      Też tak kiedyś myślałam… 😉

  • Anonimowy 23 marca 2015, 11:51 Odpowiedz

    A jak z parkowaniem? 😀

    • kashienka 25 marca 2015, 17:58

      Lepiej… nie mówić 😀 Ale łatwiej się parkuje tutaj niż w Polsce!

    • Anonimowy 26 marca 2015, 23:42

      Parkowanie tutaj to bulka z maslem, miejsca parkingowe szerokie i do tego jest ich duzo, jak nie umiesz parkowac to znajdziesz takie gdzie bez problemu ci sie uda to zrobic 😉

    • kashienka 27 marca 2015, 17:58

      Faktycznie miejsca parkingowe są większe niż w Europie i 90% nie mam problemów z zaparkowaniem auta. Ale czasem zdarzy mi się poszukiwać innego miejsca, niż parkować np. tyłem 😉

  • Anonimowy 23 marca 2015, 20:57 Odpowiedz

    Bardzo, bardzo, bardzo fajny blog :)))

    • kashienka 25 marca 2015, 18:00

      Dziękuję za miłe słowo! :*

  • english-at-tea 24 marca 2015, 08:39 Odpowiedz

    podziwiam, prowadzenie auta po takich drogach bo wyobrażam sobie jak to może wyglądać..(czasem może polskie dziury są mniej stresujące ;D).
    Zaskoczyłaś mnie z tankowaniem. Choć ja bym pewnie przed samodzielną próbą musiała wypytać kogoś o wszystkie szczegóły, z góry uznałabym rzecz za ryzykowną 😉

    • kashienka 25 marca 2015, 18:01

      Ale tutaj też są dziury :))) Amerykańskie drogi wcale nie są tak idealne, jak Polakom się wydaje!
      Ja naiwnie myślałam, że na stacji po prostu ktoś mi pomoże – w życiu nie przypuszczałam, że w Ameryce, kraju ludzi leniwych z natury, będę musiała tankować samodzielnie 😀

  • Anonimowy 24 marca 2015, 08:54 Odpowiedz

    Jechalas moze do North Georgia Premium Outlets 😉 Mnie do dzis przeraza jazda jak jest powyzej 4 pasow na autostradzie, dlatego nie lubie jezdzic w strone ATL, ale jak trzeba to nie ma wyjscia 🙂

    • kashienka 25 marca 2015, 18:02

      Nie, do The Outlet Shoppes at Atlanta w Woodstock – ode mnie jakieś 45min.
      Uff, widzę, że nie tylko ja się stresowałam pięcioma pasami:) Na szczęście jest już dużo lepiej!

  • Anonimowy 25 marca 2015, 15:21 Odpowiedz

    O co chodzi z jeżdżeniem w prawo na czerwonym? 😉

    • kashienka 25 marca 2015, 18:05

      Nie ma tutaj światła warunkowego (nie wiem czy nie przekręciłam nazwy), które umożliwiało skręt, po upewnieniu się, że „nic nie jedzie”. Zamiast tego skręcając w prawo, można po prostu pojechać na czerwonym (chyba, że jest znak informujący, że nie można – ale rzadko to się zdarza) oczywiście po upewnieniu się, że droga wolna 🙂

    • Anonimowy 22 lipca 2015, 00:37

      W PL likiwidują tę zieloną strzałkę, którą zapewne masz na myśli 🙂 Za dużo kolizji, potrąceń pieszych w związku z tym, bo kierowca skręcający w prawo przy czerwonym i mający jednocześnie tę strzałkę mu na to pozwalającą najczęściej nie zatrzymywał się przed czerwonym tylko jechał od razu nie zwracając uwagę, że na pasach ktoś może być bo ma zielone. Także to może mocno zdziwić niejednego Amerykanina jak kiedyś do Nas przyjedzie 😉

    • kashienka 23 lipca 2015, 18:07

      Kurczę, nie wiedziałam, że likwidują tę strzałkę w Polsce! To co teraz będzie, jazda na czerwonym, czy wcale…? 🙂

  • MizzVintage 26 marca 2015, 14:34 Odpowiedz

    Już się cieszę, że tu trafiłam 🙂 Ja jako "początkujący" kierowca, który ma prawo jazdy od 12 lat, ale aktywnie jeździ dopiero od 4 miesięcy, mam pełno w gaciach, jak mam 2 pasy i jadę w nieznane miejsce. Boję się, co będzie, jak się nie wcisnę na właściwy i zawsze mam w głowie co najmniej 2 alternatywne trasy 😀 Twoja historia pociesza mnie, że praktyka czyni mistrza i wszystkiego można się nauczyć. Jest nadzieja! :)))

    • kashienka 27 marca 2015, 18:09

      Dokładnie! Praktyka czyni mistrza 🙂 Ani się obejrzysz, a będziesz śmigać jak zawodowiec i śmiać się z dawnych obaw 🙂

Skomentuj

Przepis wynik *