W OBCYM JĘZYKU

MOJE JĘZYKOWE POCZĄTKI ZA OCEANEM

Pamiętacie jak pisałam o obawach związanych z wyjazdem (tutaj)? Ponieważ już w paru wiadomościach dostałam pytania na temat jednej z moich obaw, a mianowicie odnośnie języka i komunikacji w Stanach, postanowiłam rozwinąć trochę ten temat. Dziś pierwszy post z cyklu “W obcym języku” – czyli opowieść o moich początkach mówienia w USA 🙂

STRES PRZED WYJAZDEM

Zanim wyjechałam, stresowałam się bardzo mocno kwestią komunikacji. Rodzina i znajomi pukali się w czoło i śmiali się, że kto jak kto, ale ja nie powinnam mieć obaw w tej kwestii. Fakt, dzięki studiom, język angielski miałam opanowany na poziomie dobrym, ale z tego wszystkiego chyba właśnie to mnie najbardziej stresowało! No bo jeśli jedzie za granicę taka osoba, co jedynie liznęła języka, to samo to, że potrafi się dogadać w prostych kwestiach, będzie dla niej sukcesem, a jeśli pojawią się problemy, to przecież normalne, bo obcy kraj, obcy język, żaden powód do wstydu. W moim przypadku presja była znacznie większa – po tylu latach nauki języka, byłoby niezłą kompromitacją gdybym nie potrafiła się dogadać w Ameryce 😉

Prawdą jest, że nigdy nie miałam okazji “wypróbować” języka, bo nie zdarzyło mi się pomieszkać choć chwilę w kraju anglojęzycznym a kontaktów z native speakerami miałam jak na lekarstwo. Tak więc wyjazd do Ameryki miał się okazać moim najważniejszym egzaminem z języka, ważniejszym niż wszystkie stresujące PNJoty razem wzięte! Spinałam się z tego powodu maksymalnie – obawiałam się, że mój akcent okaże się trudny do zrozumienia, że będę robić najprostsze błędy gramatyczne, że wyleci mi z głowy znane wcześniej słownictwo. Na kilka dni przed wylotem myślałam wyłącznie o tym, co to będzie z tym językiem, wyobrażając sobie (jak to ja!) najczarniejsze scenariusze.

WYOBRAŻENIA A RZECZYWISTOŚĆ

W końcu nadszedł czas na konfrontację wyobrażeń z rzeczywistością. Gdy z nowojorskiego kilkudniowego szkolenia przyleciałam do Atlanty, od razu uderzyło mnie, że moi gospodarze mówią do mnie RARDZO GŁOŚNO I BARDZO WYRAŹNIE. Za głośno i za wyraźnie, jak na moje ucho 😉 Na początku mnie to śmieszyło, ale potem poprosiłam, żeby przestali, bo zaczynałam się czuć co najmniej głupio. Mimo że byłam nieco spięta i zestresowana koniecznością komunikacji wyłącznie po angielsku, okazało się, iż wzajemnie rozumiemy się na tyle dobrze, żeby opowiadać zabawne historie do późnego wieczora. Przyznam, że trochę mi ulżyło – spodziewałam się gorszego początku.

Na następny dzień gospodarze urządzili przyjęcie, na które zaprosili znajomych. W momencie, gdy usiadłam do stołu i mnie przedstawiono, przy stole trwała rozmowa o turystyce. I jedni znajomi znajomych (wiedząc tylko, że jestem z Polski) zadali mi kilka pytań odnośnie tego, jak wyjazdy na wakacje wyglądają u nas. Każdy kto mnie zna, wie ile mówię, no więc opowiedziałam im.. dość wyczerpująco. Posiedziałam jeszcze trochę przy stole, ale później poczułam przeogromną senność, więc wykręciłam się niedospaniem po zmianie czasu i opuściłam towarzystwo. Ale jeszcze z kuchni usłyszałam, jak znajomi zapytali się moich hostów, od kiedy jestem w USA. Oni zgodnie z prawdą, odparli, że to szósty dzień. Nadstawiłam ucha i usłyszałam, jak zdziwieni mówią: “Ale przecież ona mówi płynnie po angielsku!”. Powiedzieli to tonem co najmniej takim, jak w tej scenie w Shreku, powiedziano o ośle “on gada!!!” 😉 I wiecie co? To mi wystarczyło żeby zupełnie przestać stresować się kwestią języka 🙂

wobcymjezyku

POBYT W STANACH TO CIĄGŁA NAUKA JĘZYKA

Oczywiście cały czas się uczę, nowe słowa, zwroty i idiomy poznaję niemal codziennie, zdaję sobie także sprawę, że mówię z polskim akcentem i że popełniam błędy. Ale uzmysłowiłam sobie, że to jest mój drugi język i sam fakt jego znajomości w stopniu pozwalającym na swobodną komunikację w Stanach jest już sporym osiągnięciem. I stresowanie się wymową czy problemami z trzecim trybem warunkowym nie ma najmniejszego sensu! Amerykanie przyzwyczajeni są do najróżniejszych akcentów i w zasadzie rozumieją wszystko, a sami często nie są mistrzami gramatyki… 😉

*

A jakie były Wasze początki mówienia w obcym języku po wyjeździe za granicę? Wszystko poszło gładko czy pojawiły się jakieś trudności? Czekam na Wasze komentarze 🙂 A ja następnym razem napiszę Wam parę anegdot o sytuacjach, kiedy problemy z komunikacją się jednak pojawiają 🙂 Co Wy na to?

You Might Also Like

14 komentarzy

  • Reply
    Anonimowy
    11 października 2014 at 05:51

    Jak dobrze wiedziec, ze nie tylko ja sie obawiam problemow z komumikacja mimo ze jezyk znam! Chcemy anegdoty, chcemy 🙂

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:33

      Chyba każdy się trochę obawia, niezależnie jak płynnie mówi 🙂

  • Reply
    krzykla
    11 października 2014 at 07:32

    PNJoty, ech kiedy to było 😉 Widzę, że nadal noszą tę nazwę.
    Ja co prawda po ILS więc teoretycznie znajomość języka też dobra (francuski) i gdy rozmawiam z Paryżanami lub z Ile-de-France jest ok ale pamiętam jak pojechałam do rodziny do Marsylii to był czad. Przy stole sami starsi Marsylczycy, południowy akcent, prawie dialekt, wino… 😉 Przez trzy godziny rozmowy zrozumiałam może z 50% konwersacji 😀

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:35

      PNJ zawsze chyba będzie PNJotem 🙂 I zmorą wszystkich studentów filologii 😉
      Akcenty i dialekty w obcym kraju – to zawsze kończy się śmiesznie!

  • Reply
    Lifestyle Plan by Ann
    11 października 2014 at 12:35

    Miałam podobne doświadczenia. Jak jechałam do Stanów, to miałam sporo obaw. Na miejscu okazało się, że wszystko rozumiem i że ja też jestem rozumiana, co jest o wiele większym wyczynem:). Po pewnym czasie stwierdziłam, że gramatykę, to chyba znam lepiej niż przeciętny Amerykanin, a jak na lekcjach angielskiego w liceum z testu byłam druga w klasie, a z wypracowań dostawałam piątki, to aż się czułam zawstydzona:)))). A muszę dodać, że w Polsce w liceum byłam raczej czwórkową uczennicą.

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:37

      Robiłaś liceum w Stanach? 🙂 Super! Jak to się stało, ze wyjechałaś? Co do gramatyki to wcale się nie dziwię, że znałaś lepiej. Ja ostatnio w rozmowie mówię do mojego mężczyzny “widzisz, jednak używasz third conditional!” a on na to: “tak? nawet nie wiedziałem, że takie coś istnieje..” 😉 Z kolei moja koleżanka, w collegu miała lepsze stopnie od amerykańskich studentów..

  • Reply
    Anty Marka
    11 października 2014 at 20:02

    Bardzo chętnie poczytam kolejne historie 🙂
    http://www.antymarka.blogspot.com

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:38

      Zapraszam już wkrótce 🙂

  • Reply
    Angnieszka P
    13 października 2014 at 15:36

    hihi ja pamietam ze jak pierwszy raz przyjechalam to USA, chyba mialam 14 lat mimo iz uczylam sie angielskiego wlasciwie od przedszkola (jednak brytyjskiego), rozumialam moze co 5 slowo. gdy przyjechalam kolejny raz I kolejny bylo juz lepiej:) a moj accent… coz wszyscy zgodnie twierdzili ze jest francuski? ale wiadomo praktyka czyni mistrza. 🙂

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:40

      Brytyjski to zupełnie inna para kaloszy 🙂 Ja na studiach miałam kontakt najczęściej z AmE i na londyńskim lotnisku ciężko mi było zrozumieć obsługę mówiącą po brytyjsku 🙂
      Francuski akcent, to ciekawe, w moim przypadku chyba nikt nie zgadywał jeszcze. Choć często się pytają po prostu skąd jestem 🙂

  • Reply
    english-at-tea
    14 października 2014 at 08:00

    żebyś nie przerosła za jakiś czas amerykanów w ich akcencie i gramatyce ;P
    jak ja mieszkałam u brytyjskiej rodziny, ich przydechy i akcent czasem utrudniały rozumienie, ale to raczej przy podsłuchiwaniu 😉 bo w rozmowach, w których brałam udział nie przypominam sobie problemów.

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:42

      W gramatyce myślę, że nie byłoby to trudne bo sami zasad nie znają 😉 Za to akcent, ehh, już za późno u mnie na zmiany. Choć w sumie dzięki temu brzmię charakterystycznie 🙂
      Jeśli mówią do Ciebie, to też często mówią ciut wolniej i wyraźniej. Chwała im za to!

  • Reply
    Joanna Marek
    14 października 2014 at 18:41

    Moje poczatki byly gorsze ….bo malo mowilam po angielski.Tylko sie usmiechalam i mowilam ok ….ale Amerykanie sa tacy, ze staraja sie zawsze wyraznie mowic i sluchaja Cie bardzo uwaznie.

    • Reply
      kashienka
      15 października 2014 at 00:43

      Uśmiech i potakiwanie zawsze działa 🙂
      A co do Amerykanów to prawda, są pomocni jeśli widzą, że ktoś ma problemy z komunikacją 🙂

    Leave a Reply